Fundacja Paragraf

ESBECY CHRONIENI PRZEZ NADZWYCZAJNĄ KASTĘ UJAWNIAMY LISTĘ KANCELARII POMAGAJĄCYCH ESBEKOM

Ustawa dezubekizacyjna wywołała prawdziwy popłoch w szeregach dawnej bezpieki. Szeroko zakrojona akcja propagandowa — listy „autorytetów”, łzawe historie o pokrzywdzonych powstańcach i samobójstwach wśród funkcjonariuszy, wreszcie próby szantażu ujawnieniem rzekomych list gejów- nie zmieniły postawy rządzących. Co gorsza (dla esbeków), nie wzbudziły żadnego oddźwięku wśród społeczeństwa, które ani myśli masowo protestować w obronie „ofiar” PiS. Teraz byłym funkcjonariuszom aparatu bezpieczeństwa PRL pozostaje więc tylko droga prawna. Bo też tylko na niej mogą znaleźć sojuszników.
Łańcuch światła i wzory dla esbeków
Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych Rzeczpospolitej Polskiej, która odgrywa główną rolę w walce z ustawą dezubekizacyjną, stworzyła niedawno listę „kancelarii prawnych rekomendowanych do prowadzenia indywidualnych spraw pokrzywdzonych emerytów i rencistów”.
Na pierwszym miejscu listy widnieje kancelaria Pietrzak Sidor Wspólnicy, prowadzona przez adwokata Mikołaja Pietltzaka i radcę prawnego Artura Sidora. Ten pierwszy jest w środowisku adwokackim bardzo znaczącą postacią: pełni funkcję dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, a także jest przewodniczącym Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej. Na stronie kancelarii możemy także przeczytać, że Pietrzak „posiada szczególne doświadczenie w zakresie postępowań lustracyjnych oraz związanych z postępowaniem przed Instytutem Pamięci Narodowej”. O jakie postępowania chodzi? Otóż Pietrzak był m.in. obrońcą Tomasza Turowskiego w procesie dotyczącym jego oświadczenia lustracyjnego. Turowski to — przypomnijmy — jeden z najgroźniejszych komuni-. stycznych szpiegów PRL, w III RP oficer Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu. 15 lutego 2010 r. mianowany został niespodziewanie na stanowisko kierownika wydziału politycznego w ambasadzie RP w Moskwie. „Decydująca rola w organizacji i przygotowaniach do uroczystości katyńskich w kwietniu 2010 roku przypadła Wydziałowi Politycznemu Ambasady RP w Moskwie” — czytamy w uzasadnieniu umorzenia cywilnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. 18 lipca 2017 r. Mikołaj Pietrzak brał udział w inicjatywie „Łańcuch światła”, którą zorganizowała opłacana z niemieckich pieniędzy fundacja Akcja Demokracja. Był to protest przeciwko rzekomemu zamachowi władzy na sądownictwo. „ybieram się ze świeczką. Jako obywatel. Po prostu wypada być. Z przyjaciółmi ruszam spacerem spod bramy UW o 20.00. Jeżeli ktoś zechciałby nam towarzyszyć, zapraszam”
— pisał Pietrzak na Facebooku. Następnego dnia Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie, której Mikołaj Pietrzak jest dziekanem, wydała oświadczenie „sprzeciwiające się językowi nienawiści wobec sędziów”. Jak sprawdziła „GP” — miesiąc wcześniej (w czerwcu 2017 r.) kancelaria Pietrzak Sidor z Wspólnicy przygotowała dla byłych esbeków wzory odwołań do sądów od decyzji MSW.
Autorytety prawnicze
Na liście rekomendowanych prawników jest też Tomasz Koncewicz — trójmiejski adwokat, znany specjalista w zakresie prawa międzynarodowego publicznego i prawa Unii Europejskiej. Jego nazwisko
— jako autora komentarzy do bieżącej sytuacji politycznej — często pojawia się na łamach „Gazety Wyborczej”. „W Puszczy [Białowieskiej] PiS robi pierwszy wielki krok do Polexitu”, „PiS wyprowadza Ilybunał z Europy”, „Unia nie gryzie”, „Manipulacja nad Wisłą” (to o „rozbijaniu” Trybunału Konstytucyjnego, „instytucji będącej najlepszym przykładem sukcesu polskiej transformacji ustrojowej”), „Bez Unii utoniemy” — to tylko kilka przykładów jego prasowej twórczości. Koncewicz uważa też najwidoczniej, że Polska utonie bez esbeków, bo już w maju 2010 r. opracował dla nich „wzór skargi indywidualnej do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, którą może złożyć każdy zainteresowany, któremu obniżono emeryturę/rentę decyzją w oparciu o ustawę o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy”.
Polecana jest też kancelaria adwokata Damiana Sucholewskiego, który reprezentował ostatnio w sądzie Wojciecha S. — dziekana Wydziału Prawa, Administracji i Zarządzania Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach — uznanego kilka miesięcy temu za kłamcę. lustracyjnego. W 2013 r. Sucholewski wziął udział w konferencji naukowej zorganizowanej w Sejmie przez komunistycznego aparatczyka Jerzego Jaskiernię, byłego posła SLD.

Gazeta Polska

W panelu pt. „Prawa człowieka a rozliczanie z przeszłością” wziął udział — obok Sucholewskiego — płk Krzysztof Polkowski, były żołnierz WSI, który (jak sam przyznał) przeszedł w latach 80. kurs GRU. A także sędzia Marian Przysucha, twierdzący, że obniżenie emerytur byłym esbekom jest sprzeczne z prawem unijnym. 23 kwietnia 2017 r. adwokat Sucholewski pisał na Facebooku: „W dniu dzisiejszym miałem także przyjemność wziąść [pisownia oryginalna — przyp. „GP”j udział w uroczystości poświęconej 45-leciu pracy naukowej prof. dr. hab. Jerzego Jaskierni. Tak wielkiej osobowości chyba nie trzeba przedstawiać”. Sucholewski osobiście zaangażował się w walkę o utrzymanie esbeckich przywilejów. W marcu 2017 r. — radząc „mundurowym emerytom”, jak właściwie odbierać kbrespondencję z decyzją MSW obniżającą świadczenia — określał ustawę mianem „represyjnej”.
Wybitnie zasłużony Janicki i obrońćzyni Tysiąc
Na liście rekomendowanych prawników znajduje się również kancelaria Lege Artis radcy prawnego Katarzyny Przyborowskiej. W marcu 2017 r. na zlecenie Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych opracowała ona „Vademecum, czyli zbiór podstawowych informacji porządkujących wiedzę o tzw. ustawie dezubekizacyjnej z 16 grudnia 2016 r.”. Kilka miesięcy temu Przyborowska pisała oburzona na Facebooku: „Dzisiaj w sieci można przeczytać artykuł o byłym szefie BOR [Marianie Janickim – przyp. „GP”j, którego, mówiąc kolokwialnie, dopadła ustawa dezubekizacyjna. To nie przypadek, ustawa jest tak napisana, że nawet oficerowie wybitnie zasłużeni dla naszego kraju po transformacji ustrojowej mogą spodziewać się obniżek świadczeń”.
Byłym esbekom rekomenduje się również kancelarię Moniki Gąsiorowskiej. Adwokat ta znana jest głównie jako pełnomocniczka prawna ikony aborcjonistek Alicji Tysiąc, która w 2003 r. złożyła skargę na państwo polskie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (skarżąc się na ograniczenie jej prawa do przeprowadzenia legalnej aborcji). Przed trybunałem w Strasburgu Gąsiorowska reprezentowała również znanego biznesmena i lobbystę Marka Dochnala oskarżonego m.in. o wręczanie łapówek. Za złamanie prawa do „wolności i bezpieczeństwa, do poszanowania życia rodzinnego” Dochnal uzyskał wówczas od państwa polskiego 8,8 tys. euro odszkodowania.
Gąsiorowska broniła również Tadeusza Matyjka — posła SLD uznanego prawomocnie za kłamcę lustracyjnego. W kwietniu 2007 r. Europejski 1ybunał Praw Człowieka uznał, iż Polska nie zagwarantowała temu politykowi w dostatecznym stopniu prawa do obrony w toku procesu.
Kolejna rekomendowana prawniczka to Aleksandra Karnicka, która „specjalizuje się w kompleksowej obsłudze funkcjonariuszy służb mundurowych, (…) w tym również dotyczących obniżenia emerytur (IPN)”. W kwietniu 2017 r. kancelaria Karnickiej przygotowała na zlecenie Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych „Informator w zakresie skorzystania z procedury przewidzianej w art. 8a ustawy z 16 grudnia 2016 r.”. Chodzi o procedurę pozwalającą na uniknięcie obniżenia świadczeń z uwagi na „krótkotrwałą służbę” przed 1989 r. i „rzetelne wykonywanie zadań i obowiązków” po tej dacie.

 

Awanse gwarantowane PRL-em

W 2011 roku Dorota Kania opisała w portalu niezalezna.pl skandaliczne decyzje awansowania kojarzonych z okresem komunizmu prokuratorów. Decyzje Krajowej Rady Prokuratury służyły awansom do Prokuratury Generalnej śledczych Artura Kassyka, Andrzeja Kaucza i Leszka Pruskiego, którzy w czasie PRL-u prowadzili polityczne śledztwa przeciwko działaczom opozycji demokratycznej. Pod wnioskami o ich powołanie podpisał się wybrany przez Bronisława Komorowskiego szef Rady Prokuratorów Edward Zalewski – również były PRL-owski prokurator.

Artur Kassyk w czasach PRL-u był w tzw. grupie Wiesławy Bardonowej, niesławnej naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie. Ekipa Bardonowej była prokuratorską specgrupą zajmującą się śledztwami politycznymi z ramienia władz PRL-u. Prokuratorzy ci szczególnie represjonowali opozycjonistów. W skład grupy oprócz Kassyka wchodzili: Anna Detko-Jackowska, Krystyna Bartnik i Maciej Białek.

W 1990 roku Kassyka zweryfikowano negatywnie. Ten jednak odwołał się od tej decyzji i komisja przywróciła go do pracy. Od lat pracuje w pionie zajmującym się zwalczaniem zorganizowanej przestępczości. Rok temu, PO powstaniu Prokuratury Generalnej, nie został powołany w skład Korpusu PG.

W 1979 roku inny prokurator z tej grupy – Andrzej Kaucz prowadził śledztwo m.in. przeciwko Władysławowi Frasyniukowi, dla którego żądał dziesięciu lat więzienia. Po 1989 roku nadal robił karierę. W 1990 roku Kaucz był delegowany do warszawskiej prokuratury, gdzie w 1994 roku prowadził głośne śledztwo przeciwko Bronisławowi Wilkowi, byłemu posłowi i ówczesnemu szefowi fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Wilk w czasach PRL-u był działaczem dolnośląskiej opozycji. W 1994 roku decyzją prokuratora Kaucza trafił na cztery miesiące do aresztu. W 2006 roku – po 12 latach od rozpoczęcia procesu – sąd uwolnił go od jednego zarzutu, drugi uległ przedawnieniu. Trzy lata później Bronisław Wilk dostał 39 tys. zł odszkodowania i zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie.

Uwięzienie niewinnego z punktu widzenia prawa człowieka nie wpłynęło bynajmniej negatywnie na karierę Kaucza. W 2001 roku, za rządów Leszka Millera, był krótko zastępcą prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Po objęciu władzy przez PiS w 2006 roku Kaucz rozstał się z tą funkcją. Wrócił na wysokie stanowisko za czasów ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

Trzecią osobą wytypowaną przez Krajową Radę Prokuratury do pracy w PG był Leszek Pruski, wrocławski prokurator, który w stanie wojennym oskarżał działaczy opozycji demokratycznej. Według akt IPN-u podpisał się na akcie oskarżenia skierowanym przeciwko prof. Krzysztofowi Mazurskiemu, który sprzeciwiał się internowaniu działaczy Solidarności. Pruski żądał też kar dla wielu ludzi, którzy tylko pomagali opozycji.

Pod uchwałą Krajowej Rady Prokuratury dotyczącą wystąpienia do Prokuratora Generalnego o powołanie na stanowiska prokuratorów Prokuratury Generalnej podpisał się Edward Zalewski, były prokurator krajowy.

W latach 1986-1989 był on członkiem PZPR-u i prowadził śledztwa polityczne. TVN ujawnił, że Zalewski wydał m.in zgodę na brutalne przesłuchanie przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa niepełnosprawnego działacza opozycji Stanisława Śniega.

Znanym adwokatem jest też Waldemar Kaim, jeden z obrońców gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Kaim reprezentował przywódcę junty stanu wojennego w procesie masakry w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu. Adwokat to bliski krewny Franciszka Kaima, ministra przemysłu ciężkiego z 1970 roku.

Długoletni pełnomocnik procesowy gen. Czesława Kiszczaka Grzegorz Majewski od lat jest znaczącą figurą w samorządzie adwokackim. Od 2004 roku był związany z sądem dyscyplinarnym warszawskiej adwokatury. Był jego sędzią, później wiceprezesem, a od 2010 do 2016 roku prezesem. Szefowanie warszawskiej Okręgowej Radzie Adwokackiej rozpoczął w kwietniu 2016 roku.

W kampanii wyborczej poparcia udzielili mu znani prawnicy: mec. Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska, Dominika Stępińska-Duch (córka mec. Krzysztofa Stępińskiego), ówczesny wiceszef Naczelnej Rady Adwokackiej Jacek Trela czy Jacek Dubois, który widział Majewskiego w roli dziekana jako osobę obdarzoną wieloma przymiotami, w tym mądrością i empatią. Stępińska-Duch opisywała Majewskiego słowami: odwaga, poczucie sprawiedliwości, etyka. Z kolei Jacek Trela uznał, że adwokatura warszawska pod rządami mec. Majewskiego będzie dawała dobry przykład dla całego kraju. Adwokat młodej generacji Maciej Górski stwierdził wręcz, że mec. Majewski jest dla niego wzorem do naśladowania. Z kolei mec. Jakub Wende wyznał, że jest „pod ogromnym wrażeniem adwokata Grzegorza Majewskiego, jego wrażliwości, kultury, wiedzy i umiejętności zawodowych”. Mecenas Rafał Dębowski poczuł się uprawniony do wypowiadania się w imieniu całej Naczelnej Rady Adwokackiej. Stwierdził, że na forum całej rady Majewski jest autorytetem.

Mecenas – sumienie adwokatury, a później dziekan jej warszawskiej, największej części, jest jedną z twarzy afery dzikiej reprywatyzacji w stolicy. Na tej podstawie łatwo sobie odtworzyć, jaką gangreną objęty jest stan adwokacki.

Co więcej, po wybuchu afery z jedną z najdroższych działek w Polsce – znanej jako ul. Chmielna 70 w Warszawie – której współwłaścicielem stał się mec. Majewski, wciąż był on szefem Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Nie było słychać głosów oburzenia na to ze strony adwokatów. Przywodzi to na myśl jak najgorsze cechy tego środowiska, niezdolnego do elementarnego samooczyszczenia, zadufanego w sobie i świadomego swojej bezkarności. Majewski ostatecznie ustąpił z funkcji, ale czas, jaki upłynął od pierwszego dnia, w którym powinien to zrobić, mówi o głębokim zepsuciu środowiska adwokackiego.

Warto dodać, że Grzegorz Majewski bronił też Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego w sprawach, w których zarzucano im rasistowskie i szowinistyczne wypowiedzi.

 

Maciej Marosz, „Resortowe togi”

Narcyzm adwokatury

Adwokaci to grupa prawników, która przebrała wszelką miarę w nadużywaniu pierwotnego zaufania społecznego, jakie wynika z definicyjnej roli obrońcy prawnego każdego obywatela, który wejdzie w spór prawny. Ten kredyt zaufania adwokaci zniszczyli przez poczucie bezkarności i odmowę krytyki kondycji swojej korporacji oraz tolerowanie patologii w jej obrębie.

Adwokaci, podobnie jak sędziowie, którzy okrzyknęli się obrońcami praworządności przed rządami PiS-u, nie dopuszczają do siebie krytyki. Mają doskonałe zdanie na swój temat. Za krytyczny obraz, na jaki zapracowali sobie przez lata, winią tylko innych – media, polityków i inne im tylko znane siły, które mają być w zmowie przeciwko nim i urządzać na nich nagonki.

Dopiero co wybrany w 2016 roku nowy szef Naczelnej Rady Adwokackiej (NRA) Jacek Trela, pytany w jednym z wywiadów, jak ocenia stan adwokatury w tym momencie, stwierdził, że ma się ona dobrze. Dalej mówił, że od sześciu lat sprawował funkcję wiceprezesa NRA i przejął szefowanie radzie po wyborach w 2016 roku. Dodał, że miał okres obaw o jakość adwokatury, gdy otworzono zawód adwokacki i nastąpił napływ do niego nowych osób, nie mających na to szans przed deregulacją (uwolnieniem zawodu adwokata). Według Treli udało się sytuację opanować, m.in. pod kątem etyki wykonywania zawodu. Można pogratulować prezesowi Treli i rozeznania, i krytycyzmu wobec swojego środowiska.

Trela chwalił, że w minionej kadencji NRA udało się jej władzom spowodować znowelizowanie ustawy Prawo o adwokaturze przez dodanie do egzaminu adwokackiego nowego przedmiotu – etyki. – Dzięki temu daliśmy wyraz temu, jak bardzo kwestie norm etycznych są istotne w zawodowej praktyce adwokata – mówił w wywiadzie. Zrobiło się tak etycznie, że można by zapomnieć, iż akurat Polacy dowiadywali się coraz to nowych wstrząsających rzeczy na temat patologii w adwokaturze, choćby w aferze dzikiej reprywatyzacji w stolicy – a jak udowadniano, była ona tylko schematycznym wzorcem podobnych afer w całej Polsce.

Trela po objęciu funkcji szefa NRA pokazał, jak potrafi nastraszyć PiS-em cały prawniczy ród. Wystąpił podczas Kongresu Prawników Polskich, przeliterował swoje nazwisko od końca, wprowadzając atmosferę strachu. – Trela to od tyłu alert – mówił z grozą szef NRA. Według niego postawienia w stan alertu wymaga sytuacja zagrożenia dla bytu niezależnego sądownictwa, jaką dostrzegł w propozycjach rządzących w kwestii reform wymiaru sprawiedliwości.

Daleko posunięta świadomość bezkarności adwokatów ujawnia się m.in. podczas procesów lustracyjnych. Pod przykrywką interesu swojego lustrowanego klienta adwokaci zaciemniają prawdę historyczną o Polsce lat 1944-1989, negują fakty, naginają ich interpretacje. Uczestniczą w szerokim froncie chronienia zbrodniarzy komunistycznych przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. Mają na to przyzwolenie pseudoelit i wiedzą, że nic im za to nie grozi. Żaden sędzia nie zgłosił do prokuratury kłamstwa historycznego, a ujmując rzecz prościej, wprowadzania sądu w błąd. Nie można umniejszać albo wprost zaprzeczać zbrodni, bo w ten sposób pluje się w twarz ich ofiarom. Mimo to ten proceder obecny jest w procesach lustracyjnych na co dzień.

Adwokaci broniący byłych ludzi służb PRL notorycznie dokonują nadużyć rzekomo w imię obrony swojego klienta. Tłem niedopuszczania do uznania przez sąd kłamców lustracyjnych jest dezawuowanie całego procesu lustracyjnego odbywającego się w Polsce.

Obrońcy byłych funkcjonariuszy bezpieki i ich agentów stosują różne triki i chwyty, mające na celu wykluczenie części materiału dowodowego, podważenie autentyczności akt IPN-u, niedopuszczenie do zeznań istotnych świadków powoływanych przez prokuratorów IPN-u. Lista brudnych chwytów stosowanych przez, nierzadko czołowych, przedstawicieli palestry jest długa. W 2016 roku adwokaci w jednej ze spraw doprowadzili do próby podważenia lustracji w Polsce, odwołując się do Sądu Najwyższego. Podczas procesu lustracyjnego skierowali do SN pytanie prawne, co miało skutkować zajęciem przez ten najważniejszy urząd sądowniczy w Polsce stanowiska o ograniczeniu lustracji do wąskiego kręgu wypadków. Na szczęście to się nie powiodło i SN nie wprowadził dodatkowych ograniczeń w procesie lustracyjnym. Sami adwokaci aktywnie uczestniczą w zaciemnianiu odpowiedzialności zbrodniarzy komunistycznych za popełnione przez nich zbrodnie. Ci sami adwokaci domagają się później uznania etosu adwokatury z czasów PRL-u. Tylko na czym w takim razie miałby ten etos polegać, nie wiadomo.

Adwokatura po wyborach w 2015 roku wygranych przez PiS przyłączyła się do obozu prawników walczących ze zmianami wprowadzanymi przez rząd. Przypomina o tym przy różnych okazjach. Tak stało się po głośnej próbie zablokowania miesięcznicy w czerwcu 2017 roku przez kontrmanifestację Obywateli RP. Wówczas wobec bezprawnych prób zakłócania legalnego zgromadzenia interweniowała policja. Do zakłócających pochód oddający cześć ofiarom katastrofy smoleńskiej dołączyli politycy. Media obiegły obrazki wynoszonych z tłumu przez policję najbardziej agresywnych kontrmanifestantów, w tym Władysława Frasyniuka, który popychał policjantów oddzielających kordonem dwie manifestacje i wypalił, że ma prawo gdzieś.

Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie przed lipcową miesięcznicą w 2017 roku rozpoczęła zdumiewającą akcję udzielania darmowej pomocy prawnej tym, którzy zostaną zatrzymani za zakłócanie przejścia „Marszu pamięci” przez Krakowskie Przedmieście, inicjatywy odbywającej się co miesiąc od siedmiu lat, które dzielą nas od katastrofy smoleńskiej. Po wydarzeniach z czerwca policja skierowała do sądu 91 wniosków za blokowanie jezdni na drodze przemarszu legalnego zgromadzenia. Siedmiu osobom postawiono zarzut w związku ze „złośliwym przeszkodzeniem w wykonaniu aktu religijnego”. Warszawska ORA ogłosiła, że prowadzi listę adwokatów, którzy zgłosili deklarację pomocy pro bono. To działanie bezprecedensowe wobec faktu, że kontrmanifestanci nie kryją, iż celem ich jest łamanie prawa przez uniemożliwienie legalnego zgromadzenia. Komentujący tę sprawę w TV Republika mec. Adam Tomczyński zauważył, że nie pamięta podobnych akcji wobec zatrzymywanych w poprzednich latach uczestników manifestacji świętujących odzyskanie niepodległości przez Polskę, gdy taka pomoc była najbardziej potrzebna.

Jan Śpiewak ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, które prześwietlało dziką reprywatyzację w stolicy, obnażał hipokryzję władz ORA, pytając na Twitterze, kiedy powstanie taka lista adwokatów dla pokrzywdzonych przez mafię reprywatyzacyjną. Jego pytanie było zasadne, ponieważ mózgiem mafii byli adwokaci, którzy współdziałali z handlarzami roszczeń.

Postacią-symbolem spraw sądowych jest długoletni pełnomocnik spółki Agora Piotr Rogowski (1959), autor niezliczonych pozwów, za pomocą których Adam Michnik i wydawca „Gazety Wyborczej” od lat walczą w sądach ze swoimi krytykami. Dzisiejszy radca prawny Rogowski wcześniej był sędzią. W PRL-u nie chciał być bierny i stać z boku. Stąd jego obecność w szeregach ZSMP, co potwierdzają dokumenty IPN-u. W tym czasie jako uczestnik komunistycznego ruchu był równocześnie aplikantem sądowym w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Jego matka Wiesława Królikowska pracowała jako operator maszyn w Domu Słowa Polskiego – największym w PRL-u zakładzie poligraficznym, w którym drukowano przede wszystkim „Trybunę Ludu” i inne komunistyczne szmatławce, jak „Sztandar Młodych” czy „Żołnierz Wolności”. W 1989 roku w DSP zaczęto drukować także „Gazetę Wyborczą”, której to wydawcę reprezentuje prawnie radca Rogowski. Prawnik, proszony przez autora o potwierdzenie faktu działalności związkowej, wszystkiemu zaprzeczył. Jednak nie ustosunkował się do tego, czy w takim razie jego zdaniem informacje z akt IPN-u na jego temat są nieprawdziwe.

Ważnymi postaciami adwokatury są dziś Adam Jachowicz (1953) i jego żona Ewa Jachowicz (1956). Nierzadko stanowią parę pełnomocników w sprawach prowadzonych przez ich kancelarię. Tak było chociażby w sprawie doktora Mirosława G. oskarżonego o korupcję. Także ojciec mecenasa Kazimierz Jachowicz był w PRL-u adwokatem. Pracował w znaczącym Zespole Adwokackim nr 1 mieszczącym się w samym centrum stolicy. W 2001 roku Sąd Apelacyjny uznał prawomocnie, że adwokat Kazimierz Jachowicz złożył niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne.

W czasach PRL-u mecenas Adam Jachowicz pracował jako radca w przedsiębiorstwach budowlanych Budimex i Beton-Stal. Jego żona była przez wiele lat radcą w Ministerstwie Sprawiedliwości PRL-u.

Funkcje w SZSP pełnił już na drugim roku studiów na wydziale prawa UW. Był wiceprzewodniczącym Rady Wydziału Prawa UW, przewodniczącym Rady Roku, przewodniczącym Komisji Organizacyjnej SZSP, przewodniczącym Grupy Działania, członkiem Plenum i Prezydium SZSP. Rok później W SZSP Jachowicz przewodniczył Komisji Pracy i Spraw Społecznych Rady Uczelnianej UW. Jednak to mu nie wystarczało. Zapisał się też do ZSMP.

Ojciec mecenas Ewy z d. Izydorczyk to Adam Izydorczyk, wieloletni nauczyciel LO im. St. Staszica, a także wicedyrektor liceum w latach 1962- 196586. Jako licealistka Ewa Jachowicz wyjechała na obóz pionierski do Wielkiej Brytanii. Koszty wyjazdu pokrywała Rada Główna FSZMP. Jej ojciec Adam Izydorczyk (1930) był zastępcą naczelnika Głównej Kwatery ZHP i dyrektorem departamentu w GKKFiT.

Przed wprowadzeniem stanu wojennego Ewa Jachowicz była aplikantką sądową w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Po ukończeniu UW działała w Związku Nauczycielstwa Polskiego jako instruktorka. Pracowała w Ministerstwie Sprawiedliwości jako radca.

Syn Adama i Ewy Jachowiczów Mikołaj jest menedżerem w firmie Jorgensen Turner i mieszka w Londynie. Córka Karolina Jachowicz-Dudek pracuje w administracji Leeds University Business School.

Jednym z mecenasów broniących Lwa Rywina po aferze taśm Michnika był Wojciech Tomczyk (1940-2013). Stał się rozpoznawalny także za sprawą reprezentowania Jerzego Oleksego w jego sprawie lustracyjnej. Był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, a także sędzią Trybunału Stanu.

Tomczyk miał bogatą karierę w PRL-u. Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim został jako karnista najpierw aplikantem, a później asesorem i wreszcie sędzią Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Za aktywność polityczną, co sam podkreślał w napisanym przez siebie życiorysie, był po wielokroć odznaczany przez władze PRL-u: w 1978 roku Brązową Odznaką za Zasługi dla Porządku Publicznego i czy Odznaką im. Janka Krasickiego, Krzyżem Kawalerskim (1980) Orderu Odrodzenia Polski czy Krzyżem Oficerskim w 1984 roku.

Na studiach udzielał się przez wiele lat w organizacjach komunistycznych. Najpierw w ZMS-je, a później w ZSMP, był we władzach tej organizacji (od 1961 do 1979). Równolegle od 1966 roku udzielał się w partii. Został lektorem KC PZPR. Zasiadał też we władzach naczelnych Zrzeszenia Prawników Polskich. Orzekał w sprawach karnych w warszawskim sądzie powiatowym do roku 1966, kiedy to zaczął pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości i został naczelnikiem wydziału. Sześć lat później trafił do Sądu Najwyższego, do Biura Orzecznictwa. W tym czasie uzyskał nominację na sędziego sądu wojewódzkiego. W 1976 roku ponownie trafił do resortu sprawiedliwości. Tym razem w roli doradcy ministra Jerzego Bafli, a później szefa jego gabinetu. Tę ostatnią funkcję pełnił przez wiele lat – także w gabinetach kolejnych ministrów PRL-u – Sylwestra Zawadzkiego i Lecha Domerackiego. Miał znakomitą opinię wśród ministrów. Właśnie Lech Domeracki wystawił mu laurkę, przedstawiając w MSZ-ecic jako potencjalnego kandydata do pracy w służbie dyplomatycznej.

Wojciech Tomczyk miałby co wpisać do oświadczenia lustracyjnego. Został zarejestrowany w 1984 roku jako konsultant SB. Bezpieka była zadowolona z tej współpracy. „Wymieniony (…) udziela czynnej, wszechstronnej pomocy SB (…)„. Dodano, że w roli konsultanta służb PRL-u pomaga realizować bardzo złożone przedsięwzięcia operacyjne w resorcie sprawiedliwości, niejednokrotnie związane ze źródłami informacji SB”.

W latach 1973-1981 był wykładowcą w Akademii Spraw Wewnętrznych. Zatrudniono go tam na stanowisku adiunkta. Podkreślano, że wielokrotnie wyjeżdżał za granicę i ma tam wiele kontaktów, głównie wśród prawników, m.in. ministerstw sprawiedliwości Austrii, Francji czy Finlandii. Od 1985 roku był członkiem podkomisji prawnej Międzynarodowej Federacji Samochodowej FIA z siedzibą w Paryżu.

Tomczyk w okresie PRL-u był autorem komentarza do kodeksu drogowego, miał na swoim koncie publikacje dotyczące prawa karnego i liczne ekspertyzy prawne zlecane przez MSZ. W adwokaturze III RP uchodził za autorytet. „Koledzy z palestry stawiają go jako wzór najlepszej tradycji zawodu adwokackiego. Należał do czołówki polskich adwokatów” – pisano po jego śmierci.

Jego córka z drugiego małżeństwa (z Marią Niedźwiecką-Tomczyk, ur. 1943) Ewelina Niedźwiccka-Tomczyk początkowo znalazła zatrudnienie w kancelarii adwokackiej swojego ojca. W późniejszym czasie została członkiem gabinetu politycznego ministra skarbu Aleksandra Grada z PO. Trafiła na listę działaczy PO, których partia obdarowała synekurami: członkostwem w radach nadzorczych CBF Nowy Świat i Polfy Warszawa.

Także w procesach wojskowych oskarżani o zbrodnie komunistyczne mają do dyspozycji adwokatów z bogatą przeszłością i z  koneksjami zdobytymi jeszcze w PRL-u. Tak było w wypadku procesu, w którym sądy wojskowe udaremniły skazanie z oskarżenia IPN-u peerelowskiego generała Mariana Ryby. Dygnitarz wojskowy w latach 1956-1968 był naczelnym prokuratorem wojskowym. W PRL-u pełnił liczne urzędy na szczytach władzy. W stanie wojennym był podsekretarzem stanu w Urzędzie Rady Ministrów. Przez IPN został oskarżony o bezprawne przedłużanie aresztów więźniom politycznym.

Podczas procesu w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie obrońcą gen. Mariana Ryby był mecenas Andrzej Lemieszek. Nie zdradzał, kim był w przeszłości. W latach 80. był jednak prokuratorem Warszawskiego Okręgu Wojskowego i nosił mundur żołnierza LWP. Zasłużył się komunistycznej władzy, która w 1988 roku nagrodziła go Złotym Krzyżem Zasługi. W swojej jednostce nie próżnował. Jako członek partii pełnił funkcję sekretarza POP PZPR. Jego syn Przemysław Lemieszek (1966) był w PRL-u funkcjonariuszem MSW. Córka Izabela Lemieszek (1968) pracowała w Urzędzie Dzielnicowym Praga-Południe w Warszawie.

 

Maciej Marosz, „Resortowe togi”

Maciej Dubois i „nieprzyjemne czyny”

Po wyborach 4 czerwca 1989 roku powołano Społeczną Komisję Pojednawczą, której zadaniem było przywracanie do pracy osób zwolnionych po wprowadzeniu stanu wojennego za działalność polityczną i związkową. Jej przewodniczącym został adwokat Maciej Dubois (1933), czym zyskał pewne uznanie, jak też obronami w PRL-u w kilku procesach ludzi opozycji.

Mecenas Dubois był w PRL-u człowiekiem partii. Dziś przynależność czynnego adwokata do partii politycznej jest odbierana negatywnie. Jednak w czasach poprzedzających nową państwowość polską przynależność do PZPR-u służyła prawnikom jako odskocznia do kariery.

W roku 1965 zorganizowano wielką fetę z okazji XX-lecia Zrzeszenia Prawników Polskich. W Filharmonii Narodowej goszczono najwyższe osobistości, na czele z premierem Józefem Cyrankiewiczem, sekretarzem KC PZPR Władysławem Wichą, szefem MSW Mieczysławem Moczarem czy szefem resortu sprawiedliwości Stanisławem Walczakiem””.

Sekretarz Władysław Wicha złożył w imieniu KC PZPR życzenia z okazji jubileuszu ZPP. Minister Walczak udekorował odznaczeniami państwowymi działaczy Zrzeszenia. Złote odznaki ZPP otrzymali m.in. Józef Cyrankiewicz, Zenon Kliszko i Marian Spychalski. Minister przypiął taką odznakę również Maciejowi Dubois. Za nim pierś do odznaczeń wypięli Mirosław Gersdorf — prawnik, ojciec późniejszej prezes SN Małgorzaty Gersdorf, Alfons Klafowski — późniejszy prezes TK, Kazimierz Buchała — późniejszy minister sprawiedliwości i Stanisław Garlicki (ojciec późniejszego sędziego TK Lecha Garlickiego i historyka Andrzeja Garlickiego).

Maciej Dubois w latach 70. był honorowany także najwyższymi odznaczeniami państwowymi PRL. Między innymi w 1974 r. Medalem XXX-lecia PRL. W tym samym roku wyróżniono go jeszcze Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju. Dwa lata później przybył na jego klapie z orderami Złoty Krzyż Zasługi. Warto też dodać, że jeszcze w 1957 r. władze wyraziły mu uznanie, wysyłając go na Światowy Festiwal Studentów i Młodzieży, który odbywał się w Moskwie. Takie festiwale były elementem ofensywy propagandowej Sowietów.

Maciej Dubois jako dziekan Warszawskiej Rady Adwokackiej w 1982 r. – w czarnych dniach stanu wojennego – zgadzał się na spotkania z prowadzącym jego sprawę majorem SB Ryszardem Dreżewskim i informował go o zjawiskach i sprawach interesujących bezpiekę. Dlatego też SB założyła sprawę Dubois, rejestrując go jako kandydata na tajnego współpracownika. Podczas jednego ze spotkań z mecenasem funkcjonariusz bezpieki dowiedział się od niego o opracowaniu w listopadzie 1982 r. przez mec. Zofię Antoniewicz i mec. Irenę Mizger-Chojnacką petycji adresowanej do Sejmu PRL z żądaniem abolicji i amnestii dla więźniów politycznych. Dziekan Dubois nie wysłał jednak petycji do Sejmu, ale pozostawił ją w aktach rady adwokackiej. Z autorkami pisma odbył rozmowę, pouczając je, że ich inicjatywa naruszała „zwyczaje obowiązujące w samorządzie adwokackim, bowiem zbiorowa petycja mogłaby zostać potraktowana jako opinia całego środowiska, co mijałoby się z prawdą”. Obie autorki pisma Dubois przedstawił esbekowi jako „egzaltowane panie kierujące się wyłącznie emocjami, a nie rozsądkiem”. Co więcej, dziekan Dubois zgodził się udostępnić SB tekst petycji oraz nazwiska adwokatów, którzy ją podpisali.

Funkcjonariusz prowadzący sprawę dziekana WRA scharakteryzował go zwięźle: „Kandydat dba o konspirację spotkań i jest ostrożny. Faktu spotkań z funkcjonariuszem SB nie ujawnił innym. „Na pytania odpowiada chętnie, jednak tylko w niezbędnym zakresie”.

Zamiar pozyskania Dubois SB uzasadniała tym, że jest on popularny w środowisku adwokackim, cieszy się jego zaufaniem jako obrońca w sprawach politycznych. Jako dziekan ORA w Warszawie był cenny dla SB”. Brano pod uwagę, że był on „osobą pozytywnie ustosunkowaną do obecnej rzeczywistości, lojalną wobec władz. Potwierdziły to również kilkukrotne bezpośrednie kontakty z kandydatem”.

Miał informować o wszelkich politycznych inicjatywach swojego środowiska adwokatów. Z wpisania go do sieci TW jednak zrezygnowano, oceniając to jako zbędne: „Biorąc pod uwagę stanowisko zajmowane przez kandydata, jego aktywność jako członka PZPR oraz prezentowaną postawę polityczną, niecelowe jest dalsze opracowanie kandydata(…)”. Oceniono, że z punktu widzenia pracy operacyjnej „można uzyskać te same efekty, nie dokonując pozyskania”.

Po 1989 r. mecenas Maciej Dubois wzbudził kontrowersje po tym, gdy zgłosił się do niego Adam Humer, krwawy ubek, by go bronił w sądzie. Dubois zgodził się, a później opowiadał, jak dzielnie wytrzymał naciski, by nie podejmował się obrony stalinowskiego oprawcy. Stwierdził, że wywierano na niego naciski „,półoficjalne, ze sfer politycznych i administracyjnych”, na które odpowiadał, że nie ma powodu, by odmawiać zbrodniarzowi. „Pan Humer nie pobił mnie ani nikogo z moich bliskich” – tłumaczył Dubois. Poza tym mecenas kwestionował podstawowy zarzut, że przestępstwa Humera i sądzonych z nim jego towarzyszy były zbrodnią przeciwko ludzkości. „To były bardzo nieprzyjemne czyny, ale nie miały nic wspólnego z pojęciem zbrodni przeciwko ludzkości” — twierdził Dubois. Innym razem mecenas mówił o swoim sprzeciwie wobec próby surowego osądzenia kata Humera. Protestował w uznaniu, że „sprawą Humera i kilkunastu innych esbeków chciano <<załatwić>> rozliczenie z winami całego systemu.

Nic dziwnego, że jak przyznawał później, to był proces, po którym „stracił kilkoro znajomych”. Dodał jednak zaraz, że „na szczęście takich znajomych, których specjalnie nie żałuje”. Podawał w ten sposób klasyczny argument stosowany przez wielu broniących komunistycznych oprawców przed wymierzeniem im sprawiedliwości. Wpisywało się to w schemat unikania rozliczeń przez przedstawicieli systemu totalitarnego. Wystarczy przypomnieć całą postkomunistyczną kampanię głoszącą, że nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, że każdy przypadek należy traktować oddzielnie. Na tym polegała idea zanegowania zbrodni komunistycznych. W myśl tej idei postępowały sądy, które jeśli w ogóle skazywały, to traktowały oskarżonych nie jako winnych zbrodni przeciwko ludzkości przedstawicieli totalitaryzmu, lecz jako zwykłych rzezimieszków odpowiadających za zbrodnie pospolite. Kampania w dużej mierze się powiodła i zbrodnie komunistyczne nie zostały rozliczone.

Dubois odnosił się też w wywiadach do kwestii przekazywania w adwokaturze pałeczki z pokolenia na pokolenie. Oponował wobec stwierdzeń, że zasada ta prowadziła do wynaturzeń. „Jestem gorącym zwolennikiem ciągłości w adwokaturze, a więc tego, by do palestry przyjmowane były dzieci adwokatów, oczywiście w ramach wyrównanych szans”. Dodał, że jako dziekan zawsze preferował dziecko adwokata. Wyjaśnił, że „wierzy w geny”.

Mecenas odniósł się też w jednym z wywiadów do zdjęć, które obiegły kraj, zrobionych podczas meczu Lechii Gdańsk, gdzie „słynny” sędzia Ryszard Milewski prezes sądu okręgowego (do którego trafiła sprawa Amber Gold) widnieje w asyście szefa prokuratury okręgowej i „przybija piątkę” z premierem Tuskiem. Dubois taki widok nie raził, choć wtedy budził powszechne przekonanie o patologii trójmiejskiego wymiaru sprawiedliwości: — Trudno sądzić tylko po takim obrazku. Sama zbieżność miejsca i osób oraz przybijanie piątki jeszcze o niczym nie świadczy – stwierdził mecenas. Pouczał, by nie łączyć tego obrazka z rozmową telefoniczną sędziego Milewskiego, w której ustawia on na życzenie kancelarii premiera rozprawy procesu Amber Gold. – Istnieje domniemanie niewinności – mówił Dubois. Przedstawił swoją perspektywę takich powiązań. – Takie środowiskowe kontakty towarzyskie zawsze istniały – powiedział.

Warto tu nadmienić, że skoro prawnicy o takiej pozycji, jaką wyrobił sobie Maciej Dubois, dostrzegają swoją wyjątkowość, mówiąc o genach prawników, muszą dopuszczać jako logiczną konsekwencję także analizę, która pokazuje negatywne cechy przenoszone z pokolenia na pokolenie przez prawnicze klany.

Znacznej pozycji w świecie adwokackim dorobił się syn sławnego Macieja Dubois. Jacek Dubois (1962) w 1990 roku był współzałożycielem jednej z pierwszych w kraju kancelarii adwokackich. Wówczas nosiła ona nazwę Lawyer Seryice Pociej & Dubois, Borowski 8 Warfołomiejew. Od 1995 roku kontynuowała jej działalność Kancelaria Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak. W 2011 roku Aleksander Pociej przeszedł z kancelarii do polityki. Jego miejsce jako wspólnika kancelarii zajęła matka, Krystyna Pociej-Gościmska (1937). Mecenas Pociej zaś został senatorem Platformy Obywatelskiej. Kancelaria Dubois od początku zajmowała się nie tylko drobnicą (klientami indywidualnymi), ale także firmami zagranicznymi wchodzącymi na rynek polski w okresie transformacji, jak i tworzonymi polskimi przedsięwzięciami biznesowymi. Na stronach internetowych kancelarii pada zapewnienie, że jej działalność to połączenie doświadczenia i najwyższych standardów etycznych.

Jacek Dubois został oskarżony o utrudnianie jednego ze śledztw w sprawie tzw. grupy pruszkowskiej. Miał przekazać ściganemu listem gończym gangsterowi kserokopię akt śledztwa, które uzyskał jako obrońca innych osób. Wśród materiałów były m.in. zeznania świadków koronnych oraz osób występujących w charakterze pokrzywdzonych. Akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście w 2005 roku. Dubois otrzymał prokuratorski zarzut utrudniania śledztwa i ujawnienia tajemnicy służbowej. Prokuratura zażądała dla niego roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata, 10 tys. złotych grzywny i zakaz wykonywania zawodu przez rok. Ostatecznie jednak sąd nie dostrzegł winy adwokata i uniewinnił go prawomocnie w 2011 roku. W sprawie postanowienia swoją rolę odegrała Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Reprezentująca ją w obronie Dubois Maria Ejchart została później żoną oskarżonego wtedy adwokata.

W 2011 roku PO zgłosiła Jacka Dubois na sędziego Trybunału Stanu. W sejmowym głosowaniu 137 posłów było przeciwko tej kandydaturze. Jacek Dubois został sędzią TS, podobnie jak jego ojciec Maciej Dubois, który pełnił swoją funkcję sędziowską w TS od lipca 1989 r.

Jacek Dubois w emitowanym w Internecie w 2017 roku programie byłego dziennikarza TVN24 Jarosława Kuźniara odnosił się do krytyki konstytucji wypowiedzianej przez Jarosława Kaczyńskiego i stwierdził, że według niego konstytucja jest „wspaniała”: Czas przeczytać, a później zrozumieć, a potem dopiero się wypowiadać. To jest ta właściwa kolejność. Jak się robi odwrotnie, to znowu powstaje nieład i chaos – pouczał. Odwoływanie się do źródeł komunistycznych jest lekkim nadużyciem. Bo to był przecież wielki kompromis Polaków, którzy stworzyli wolną Polskę.

Konstytucja jest fajnym, wspaniałym kompromisem, gdzie ludzie stworzyli pewne wartości, które są dla nich ważne: – Ta konstytucja dala nam szereg praw, dzięki którym żyjemy spokojnie. I co mamy zabrać, wolność? To co nam zostanie? Jeżeli ktoś chce mi zabrać konstytucję, to czuję, że on mi chce odebrać moje gwarancje – mówił Dubois. Dodał, że nie potrzebuje zmian w konstytucji.

– Nie potrzebuję żadnych zgorzkniałych starców, żeby mi zmieniali życie, moim dzieciom, mojej rodzinie. (…) Mamy do czynienia z człowiekiem, który chce się ręcznie bawić w sterowanie społeczeństwa. Zabierzemy to, zabierzemy tamto, a w zamian damy po 500 zł, żeby pionki były zadowolone. Dochodzimy do poziomu orwellowskiego „Roku 1984”. (…) Mówił o interpretowaniu prawa na swoją korzyść. Są jakieś granice absurdu. Mamy prawnika, który dokonuje wykładni na poziomie kosmity rzucał pod adresem prezesa PiS-u.

Partner z kancelarii adwokackiej Dubois – Aleksander August Pociej (1965) również wywodzi się z rodziny prawniczej. Według akt IPN-u, ojciec mecenasa – też adwokat, Władysław August Pociej, został zarejestrowany jako tajny współpracownik służb specjalnych PRL-u i przekazywał informacje m.in. na temat kolegów z pa1estr w tym Wiesława Chrzanowskiego. Fakt ten ujawniła Dorota Kania w „Gazecie Polskiej”, opisując akta rejestrowanego przez bezpiekę kontaktu operacyjnego o ps. „Lucky”. Mecenas był w PRL-u znaną figurą palestry, obrońcą w sprawach politycznych „taterników” i „komandosów”. Był też pełnomocnikiem procesowym zdekonspirowanych i aresztowanych na Zachodzie agentów komunistycznego wywiadu wojskowego. W latach 70. był pełnomocnikiem procesowym mordercy Piotra Filipczyńskiego (Petera Vogla okrzykniętego przez prasę „kasjerem lewicy”). „Lucky” został zwerbowany przez MBP w 1947 roku. Bezpieka prowadziła jego sprawę przez ponad 40 lat. Koniec współpracy przypadł na grudzień 1988 roku ze względu na dekonspirację oraz brak możliwości operacyjnych.

Pałeczkę pracy w adwokaturze przejął jego syn mec. Aleksander August Pociej. Został pełnomocnikiem procesowym rodziny polityka PO Arkadiusza Rybickiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Swoimi stwierdzeniami publicznymi Pociej wpisywał się w rosyjską wersję przyczyn katastrofy rządowego tupolewa. Istotne może się okazać to, że Pociej junior swoje pierwsze kroki zawodowe stawiał w firmach kontrolowanych przez komunistyczny wywiad wojskowy, a następnie przez WSI.

Kancelaria Pocieja i Dubois rywalizuje z Romanem Giertychem na reprezentowanie w sądach interesów polityków Platformy Obywatelskiej. To ta kancelaria reprezentowała m.in. byłą posłankę PO Beatę Sawicką oskarżoną o korupcję. Doszło do tego, że mecenas Pociej wpłacił za nią ze swoich pieniędzy 300 tys. złotych kaucji.

W okresie kampanii prezydenckiej 2010 roku kancelaria Pocieja i Dubois reprezentowała w procesach w trybie wyborczym kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego, będącego w sporze prawnym z Jarosławem Kaczyńskim. Współpracownik tej kancelarii – adwokat Barbara Kardynia-Bednarska reprezentuje w sprawach sądowych skompromitowanego udziałem w aferze hazardowej byłego szefa klubu parlamentarnego PO Zbigniewa Chlebowskiego. Do głównych klientów kancelarii Pocieja i Dubois za rządów PO-PSL należały instytucje państwowe i samorządowe oraz spółki skarbu państwa.

W 2010 roku w „Gazecie Wyborczej” Pociej wraz z Dubois oraz mecenasem gen. Kiszczaka Grzegorzem Majewskim, a także adwokatem Krzysztofem Stępińskim stanęli w obronie ówczesnego posła PO Janusza Palikota, który obrażał pamięć Lecha Kaczyńskiego, insynuując, że prezydent RP Lech Kaczyński jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską przez wywieranie presji na pilotów. To zdaniem ówczesnego posła PO miało doprowadzić do katastrofy lotniczej. Palikot powtarzał obraźliwe pytania o to, czy podczas tragicznego lotu prezydent Kaczyński był pod wpływem alkoholu.

We wspomnianym artykule mecenasi Pociej i Dubois stwierdzili: „Wolno zadawać pytania niewygodne, które dla niektórych mogą wydawać się obrazoburcze”. – W śledztwie nie obowiązuje wersal. Za to należy przestrzegać procedury — twierdził Pociej. W dalszej części publikacji prawnicy uznali „pytania” Palikota za jak najbardziej, cytuję, „zasadne”. Co do „pytania” o rozmowę braci Kaczyńskich przeprowadzoną niedługo przed katastrofą przez telefon satelitarny z pokładu tupolewa, mecenas Pociej stwierdził, że: „To jak najbardziej uzasadnione. […J Przebieg tej rozmowy może wykluczyć albo potwierdzić wpływ osoby trzeciej na podjęcie decyzji o lądowaniu w Smoleńsku. Jako adwokaci uważamy za zasadne przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego na okoliczność ostatniej rozmowy z Lechem Kaczyńskim”. Dziś już wiadomo, że prezydent RP prof. Lech Kaczyński nie był pod wpływem alkoholu i nie było żadnej presji z jego strony na załogę Tu-154, a zadawanie pytań przez Palikota, ich publiczne komentowanie i „podgrzewanie” w mediach całej sprawy było jednym z elementów smoleńskiej dezinformacji, która zresztą trwa.

Z powodzeniem w warszawskiej palestrze odnalazł się Jerzy Naumann, były sędzia z okresu stalinizmu i późniejszych lat PRL-u. Na listę adwokatów wpisano go w 1994 roku. Na przełomie lat 70. i 80. patronem aplikanta sędziowskiego Jerzego Naumanna, dziś uznanego adwokata, był Anatol Derkacz. Inny znany dziś mec. Grzegorz Zuchowicz, po latach od czasu kontaktów z sędzią i adwokatem Derkaczem uznaje, że miał zaszczyt być jego uczniem i wiele mu zawdzięcza. Zuchowicz uznał Derkacza za „wybitnego prawnika, człowieka prawego”.

Anatol Derkacz po wojnie odbył najpierw naukę w Wyższej Szkole Oficerskiej. W latach 1946-1947 studiował na Akademii Wojskowej im. Frunzego w Moskwie. Po powrocie do kraju został w 1955 roku sędzią. W 1984 roku trafił do Izby Karnej Sądu Najwyższego. Derkacz kilkakrotnie był powoływany w miejscach swojej pracy na funkcję sekretarza POP PZPR.

Gdy Anatol Derkacz zaczynał karierę orzeczniczą w czasach komunizmu, bynajmniej nikomu nie było do śmiechu. Jedna z historii dopiero po latach może ubawić, choć wtedy wyrok Derkacza przyniósł fatalne konsekwencje życiowe dzisiejszemu dziennikarzowi „Gazety Polskiej” Antoniemu Zambrowskiemu. Zatrzymano go w marcu 1968 roku pod fałszywym zarzutem współorganizowania wiecu studentów na UW. Wobec braku dowodów SB uchwyciła się więc innego zarzutu – szkalowania PRL-u poprzez zarzucanie partii, że na wzór Kulturkamplu prowadzi wojnę z Kościołem katolickim. Do szkalowania narodu polskiego przez Antoniego Zambrowskiego miało też dojść poprzez, jak to określił w oskarżeniu prokurator: „ułożenie wiersza, że Polak jest głupi i przed szkodą, i po szkodzie”. Sąd okazał się głuchy na wskazywanie przez obrońcę, mec. Kazimierza Łojewskiego, że to nawiązanie do znanej pieśni Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Sąd wojewódzki pod przewodnictwem Anatola Derkacza skazał Antoniego Zambrowskiego na łączną karę dwóch lat więzienia. Antoni Zambrowski, dziennikarz, publicysta „Gazety Polskiej” mówi po latach, że nie wierzy w niewiedzę sędziego co do autorstwa frazy. Zambrowski jest przekonany, że wyrok został sędziemu przekazany odgórnie, a on jedynie biernie go wygłosił. Jedna i druga wersja są fatalne dla adwokatury, która po 1989 roku przyjęła sędziego komunistycznego systemu z otwartymi ramionami.

Maciej Marosz, „Resortowe togi”

Syn generała z palestry

Inny rozchwytywany dziś adwokat, Radosław Baszuk, jest synem generała, który swoją karierę zrobił w okresie PRL-u. Radosław Baszuk od 1995 roku należy do Izby Adwokackiej w Warszawie. Przez wiele lat był wykładowcą i egzaminatorem aplikantów adwokackich. W latach 2005-2007 był zastępcą rzecznika dyscyplinarnego ORA w Warszawie. Następnie do 2013 roku orzekał jako sędzia Sądu Dyscyplinarnego Izby Adwokackiej w Warszawie. Od 2010 roku był wiceprezesem tego sądu, w latach 2013-2016 sędzią i wiceprezesem Wyższego Sądu Dyscyplinarnego Adwokatury. Baszuk jest też współautorem książki Etyka adwokacka. Wybór orzeczeń Wyższego Sądu Dyscyplinarnego Adwokatury (2015 i 2016), autorem publikacji dotyczących procedury karnej i dyscyplinarnej oraz odpowiedzialności dyscyplinarnej.

Jego ojciec to zasłużony dla PRL-u generał Roman Baszuk, szkolony w ZSRS i NRD mundurowy, który w III RP awansował, a od przejścia w stan spoczynku został skierowany na lukratywne stanowisko w radzie nadzorczej państwowej spółki. Z wniosku IPN-u wszczęto wobec niego proces lustracyjny z powodu zatajenia przez niego w oświadczeniu lustracyjnym faktu współpracy z kontrwywiadem wojskowym PRL-u w latach 1969- 1980 jako tajny współpracownik o ps. „Baśka”.

Roman Baszuk jako oficer lotnictwa w 1976 roku został skierowany na trzyletnie studia w Akademii Wojskowej Narodowej Armii Ludowej NRD. W stanie wojennym awansowano go na dowódcę pułku lotnictwa myśliwskiego we Wrocławiu.

W 1987 roku objął funkcję zastępcy szefa oddziału Dowództwa Korpusu Obrony Powietrznej Kraju. W 1989 roku przeszedł szkolenie operacyjne w ZSRR w tamtejszej wojskowej akademii obrony powietrznej kraju.

W III RP jego kariera nie zbladła. Od 2002 roku pełnił funkcję asystenta dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju. Z PRL–u wychodził w stopniu pułkownika. W III RP za rządów koalicji SLD-PSL uzyskał szarżę generalską.

W stan spoczynku Roman Baszuk przeszedł w 2003 roku, żegnany z honorami przez SLD-owskiego szefa MON-u Jerzego Szmajdzińskiego. Nie usunął się w cień. Od 2001 roku po dziś dzień pełni funkcję członka rady nadzorczej Portu Lotniczego we Wrocławiu. IPN wszczął wobec niego procedurę lustracyjną właśnie z racji pełnienia przez niego funkcji w kierownictwie spółki skarbu państwa.

Jego syn, mecenas Radosław Baszuk, jeden z bardziej znanych przedstawicieli palestry, bronił m.in. reżysera Kazimierza Kutza, który naruszył dobra osobiste byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego i byłego ministra Zbigniewa Ziobry, oskarżając ich o „zamordowanie niewinnej” Barbary Budy. Co ciekawe, Baszuk nie stroni także od reprezentowania przed sądem osób lustrowanych przez IPN. Dotyczy to ambasadora i byłego wiceministra MON-u Andrzeja Towpika, którego lustracja ruszyła po tekście „Gazety Polskiej” na temat jego związków ze służbami specjalnymi PRL-u.

 

Maciej Marosz, „Resortowe togi”

Palestra i ideologia

To, że adwokaci odgrywający kluczowe role w dzisiejszej palestrze mają rodzinne związki z minionym systemem, potwierdza przykład mecenas Katarzyny Gajowniczek-Pruszyńskiej. Prawniczka przewodniczy Okręgowej Radzie Adwokackiej od czasu, gdy w wyniku wybuchu afery reprywatyzacyjnej z funkcji tej ustąpił dotychczasowy dziekan Grzegorz Majewski, przedstawiany jako jedna z postaci, która okazała się benedcjentcm dzikiej reprywatyzacji w stolicy.

W swojej karierze Gajowniczek była przez wiele lat sędzią sądu dyscyplinarnego i jego wiceprezesem. W 2011 roku, będąc sędzią sądu dyscyplinarnego Izby Adwokackiej w Warszawie, podjęła się obrony z urzędu Zbigniewa Sz. ps. „Niemiec”, szantażysty jej kolegi po fachu, mec. Krzysztofa Piesiewicza.

Gajowniczek-Pruszyńska jako przewodnicząca Zespołu ds. Kobiet przy Naczelnej Radzie Adwokackiej spotkała się z zarzutami „radykalnego feminizmu” wobec tego gremium powołanego przy NRA. Sędzia zarzuty odpiera, jednak weszła do władz Kongresu Kobiet organizowanego przez walczące feministki: Magdalenę Środę, Kazimierę Szczukę czy Agnieszkę Graff. Gajowniczek-Pruszyńska zasiada w radzie programowej Kongresu obok Anny Grodzkiej, Magdaleny Środy, Agnieszki Graff, Agnieszki Grzybek – szefowej partii Zielonych – i Krystyny Jandy.

Związanie adwokatury przez Gajowniczek-Pruszyńską z ruchem radykalizmu feministycznego, jak i działalność prowadzonego przez nią Zespołu ds. Kobiet przy NRA skrytykował adwokat Andrzej Nogal. Przypomniał on, że prezes adwokackiego sądu dyscyplinarnego powinien być apolityczny. Adwokat stwierdził, że jego artykuł, w którym wyraził krytykę prac zespołu Gajowniczek-Pruszyóskiej, dotyczył potrzeby neutralności światopoglądowej organów adwokatury. Uznał w nim za niedopuszczalne podpinanie adwokatury pod projekty ideologiczne bądź polityczne.

W reakcji na to Gajowniczek-Pruszyńska uznała, że sugerowanie, iż celem działania jej zespołu jest „walka o swobodny dostęp do aborcji na życzenie”, jest nieuprawnione i wezwała mecenasa do przeprosin.

 

Matką postępowej adwokat jest Elżbieta Gajowniczek (1946) – wieloletnia sędzia Sądu Okręgowego (wcześniej rejonowego) dla Warszawy-Pragi. Przed wprowadzeniem stanu wojennego była ona jednym z sędziów wydziału karnego. W styczniu 1982 roku w najciemniejszym okresie, po 13 grudnia, gdy dokonywano czystek kadrowych, Gajowniczek awansowano na przewodniczącą wydziału. Nadzorowała wszystkie sprawy karne, a więc i te, które orzekano z dekretu o stanie wojennym.

W 1984 roku Elżbieta Gajowniczek wyjechała do ZSRS z Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Pismo z nadrukiem logo TPPR dotyczące przewodniczącej wydziału karnego informowało, że impreza służąca zacieśnianiu kontaktów polsko-radzieckich przewidywała przejazd z Moskwy do Leningradu.

Wyjazdy z PRL-u do ZSRS z ramienia TPPR-u są dziś wdzięcznym obiektem uzasadnionych kpin. Wymiana turystyczna obejmowała „Pociągi Przyjaźni” w których zadzierzgano przyjaźnie między towarzyszami bratnich państw komunistycznych. W 1977 roku tak opisywano tę inicjatywę w książce Sojusz braterski: „Ogromną rolę w swej działalności wyznacza TPPR Pociągom Przyjaźni”. (…) Powszechnym zjawiskiem jest to, że poszczególne resorty, zakłady pracy, organizacje i instytucje nagradzają wyjazdami do ZSRR swoich najlepszych pracowników. Uczestnicy <<Pociągów Przyjaźni>>, poza zapoznaniem się z Krajem Rad i jego ludźmi, na miejscu mają zapewniony program polityczny i specjalistyczny.

Wycieczki organizowane przez TPPR za główny punkt programu w Moskwie miały wizytę w Mauzoleum Lenina, gdzie uczestniczy takich wycieczek oddawali cześć zmumifikowanemu totalitaryście. Gajowniczek najwyraźniej odpowiadał ten kierunek wycieczek, bo kilka miesięcy wcześniej wyjechała również do Mongolii.

Julian Tyszka (1905) – ojciec Elżbiety Gaj owniczek, a zarazem dziadek adwokat Gajowniczek-Pruszyńskiej – był w latach 60. i 70. w PRL-u sędzią Sądu Najwyższego. Wydawał wyroki wspólnie m.in. ze Zbigniewem Resichem czy Janem Wasilkowskim. W latach 70. matka sędzi Gajowniczek pracowała w centrali NBP, była naczelnikiem działu. Mąż sędzi Władysław Gajowniczek (1944) był lekarzem i od 1985 roku przebywał na kontrakcie w Iraku.

Maciej Marosz, „resortowe togi”

1 2