JUDYTA PAPP

Judyta Papp

 

PISMO DO SĄDU

Warszawa, 19.03.2017

Leszek Bubel
prezes zarządu
Infopress Poland Sp. z o.o.
Brzoskwiniowa 13
04-782 Warszawa

Sąd Okręgowy
Warszawa-Praga w Warszawie
II Wydział Cywilny
Al. Solidarności 127
00-898 Warszawa

Sygn. akt II C 423/16

Bez wątpienia padłem ofiarą podstępnych nieetycznych praktyk Judyty Papp, która świadomie zamieszcza w internecie zdjęcia znanych postaci, jak np. Czesława Miłosza bez jakiejkolwiek informacji, że jest ich autorką. Bez informacji, że zdjęcia są chronione prawami autorskimi. W pozwie przeciwko mnie napisała nieprawdę, że jej zdjęcie było publikowane w albumie „To Miłosz w fotografii Judyty Papp”. Jak i z tego wynika, kłamstwo jest metodą do wyłudzenia dużych pieniędzy, jak w przypadku Infopress Poland Sp. z o.o. 24 tys. zł. Ten proceder Judyta Papp szeroko stosuje i ze skali tego wynika, iż uczyniła sobie zarobkowanie także wobec obiektów kultury, jak biblioteki czy muzea. Jej haniebna działalność coraz szerzej opisywana jest przez dziennikarzy i pokrzywdzonych. Są też wyroki przegranych przez nią spraw. Również chcę z jej praktykami zmierzyć się na sądowej sali, dlatego też jako uzupełnienie moich wcześniejszych pism składam kopie artykułów prasowych dotyczących jej szkodliwej i bezprawnej działalności.

Leszek Bubel

Załącznik:

  1. Kserokopie artykułów prasowych i wyroków sądowych.

O JUDYCIE PAPP

Judyta Papp (ur. w 1977 w Krakowie) – fotograf, projektantka, ekspert ds. PR i marketingu, założycielka i redaktorka naczelna serwisu PR-Controlled oraz szef projektu JP2 Love. Jej albumy: „Sen” wydany przez National Geographic w 2009; oraz „To Miłosz” wydany przez Prószyński i S-ka w 2003.
Judyta Papp jest autorką wielu sesji fotograficznych ze znanymi polskimi osobistościami, w tym ze papieżem Janem Pawłem II. Przez 8 lat była osobistym fotografem Czesława Miłosza – poety i laureata literackiej nagrody Nobla. Jej fotografie prezentowano m.in. z okazji 90. urodzin Miłosza, w Muzeum Narodowym w Warszawie, w stulecie Nagrody Nobla w Sztokholmie oraz w czasie rocznicy z okazji 100. urodzin Miłosza w 2011.

Artystka specjalizuje się w portrecie artystycznym, uwieczniała też m.in. Wisławę Szymborską, Leszka Kołakowskiego, Ryszarda Kapuścińskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Andrzeja Wajdę, Romana Polańskiego, Willema Dafoe i Sławomira Mrożka.
Obecnie pracuje między innymi nad rozwojem serwisu PR-Controlled jako międzynarodowej platformy promującej polski biznes i kulturę. Ponadto kieruje ona projektem JP2 Love, który składa się ze stron internetowych w języku polskim i angielskim.

Na album składają się wybrane fragmenty poezji Karola Wojtyły, fotografie z planów filmów o Janie Pawle II, autorstwa Judyty Papp oraz osobiste refleksje zaproszonych do wypowiedzi o polskim papieżu międzynarodowych autorytetów różnych wyznań, takich jak prezydent Nelson Mandela, prezydent Jimmy Carter, prezydent Shimon Peres. Reprodukcje osobistych przedmiotów Jana Pawła II oraz rękopisy, dopełniają intymny charakter wydawnictwa.

Albumy
Judyta Papp i profesor Leszek Kołakowski: Sen. National Geographic, 2009, s. 176. ISBN 978-83-60006-62-7.
Judyta Papp: To Miłosz – Portrety Czesława Miłosza (1911-2004). Prószyński i S-ka, 2003, s. 56. ISBN 83-7337-303-9.

Linki zewnętrzne
Strona oficjalna
www.pr-controlled.com
www.jp2love.com
www.jp2love.pl

Kategoria:Fotografia Kategoria:Artystki i artyści

Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wikipedysta:Itprc/Judyta_Papp

FOTOGRAFKA POZYWAJĄCA BIBLIOTEKI PRZEGRYWA W SĄDACH

– o cichym copyright trollingu
Marcin Maj, 17-04-2015, 10:01

Pewna fotografka żąda tysięcy złotych za to, że biblioteka wykorzystała jej zdjęcie w zaproszeniu lub ogłoszeniu. Czy sąd przyzna fotografce te tysiące? Niekoniecznie, o czym świadczą już dwa wyroki.
W lutym tego roku opisywałem zjawisko cichego copyright trollingu. Polega ono na tym, że jakiś twórca lub wydawca zwraca się do szkoły lub instytucji publicznej, zarzucając jej naruszenie praw autorskich poprzez udostępnienie dzieła. Może chodzić o to, że np. szkoła wyświetliła film uczniom albo biblioteka wykorzystała jakieś zdjęcie na zaproszeniu. Twórca oczywiście straszy wysokim odszkodowaniem i proponuje „ugodę” za mniejszą kwotę.
Można to uznać za formę copyright trollingu, ale prowadzoną bez rozgłosu. Decyzja o ewentualnym zapłaceniu za ugodę jest podejmowana pod wpływem strachu przed wysokim odszkodowaniem. Może się zdarzyć, że działanie pracowników szkoły lub biblioteki wcale nie jest naruszeniem. Może się też zdarzyć, że do naruszenia faktycznie doszło, ale sąd wcale nie byłby skłonny do przyznania wygórowanego odszkodowania.
W tekście o cichym copyright trollingu wspominaliśmy o pewnej fotografce skłonnej do żądania pieniędzy od bibliotek. Nie wiemy, do ilu bibliotek ta fotografka się zwróciła, bo nie wszystkie chcą o tym rozmawiać. Temat praw autorskich jest dla bibliotekarzy wstydliwy. Wiemy jednak, że przynajmniej dwie biblioteki postanowiły walczyć w sądzie, a sądy wcale nie były skłonne do zgadzania się z fotografką.
Przypadek 1 – Zdjęcie na stronie biblioteki
Niedawno serwis EBIB opublikował wyrok sądu w Zielonej Górze (sygn. akt I 351/13) dotyczący powództwa fotografki przeciwko pedagogicznej bibliotece wojewódzkiej. Fotografka J. P. domagała się kwoty w wysokości 9.600 zł za to, że biblioteka umieściła zdjęcie Czesława Miłosza na swojej stronie (w tej kwocie mieści się trzykrotność stosownego wynagrodzenia oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę). Sporne zdjęcie zostało wykorzystane jako graficzny dodatek do informacji o spotkaniu poświęconym twórczości poety.
Fotografka uznała, że naruszono jej prawa jako autora. Tymczasem biblioteka stała na stanowisku, że jej działania jako instytucji kultury nie były nastawione na zysk. Biblioteka wykorzystała zdjęcie znalezione w Google, które nie było w żaden sposób oznaczone jako zdjęcie chronione. Biblioteka podnosiła też, że korzystała z dozwolonego użytku w ramach art. 27 ustawy o prawie autorskim.
Pełnomocnik biblioteki zauważył też, że według tabel wynagrodzeń Związku Polskich Artystów Fotografików wykorzystanie w internecie fotografii przez okres jednego tygodnia kosztuje 100 zł. Opłata za miesiąc to 150 zł. Oczywiście każdy fotograf ma prawo żądać większych kwot za swoje dzieło, ale zawsze jest to jakiś punkt odniesienia.
Autor powinien się oznaczyć
W ocenie sądu powództwo nie zasługiwało na uwzględnienie. Po pierwsze sąd zwrócił uwagę na art. 8 ust. 2 ustawy o prawie autorskim (Domniemywa się, że twórcą jest osoba, której nazwisko w tym charakterze uwidoczniono na egzemplarzach utworu). W ocenie sądu fotografka nie zadbała o uwidocznienie swojej roli jako autora.
Sąd miał również wątpliwości co do tego, czy fotografka faktycznie jest autorką zdjęć(!). Przedstawiła ona dowody w postaci umów licencyjnych i ugód, była autorką albumów ze zdjęciami poety, ale czy to jest dowód autorstwa? Zdaniem sądu zawodowy fotograf powinien wiedzieć, jak zabezpieczyć swoje prawa i jak zadbać o to, aby udowodnić swoje autorstwo.
Dalsze rozważania nad sprawą były według sądu bezzasadne, niemniej zgodził się on z tym, że art. 27 ustawy o prawie autorskim daje instytucjom naukowym i oświatowym prawo do korzystania z utworów w celach dydaktycznych.

Wyrok nie jest prawomocny, a autorka zdjęć chce się sądzić dalej. Niemniej już na tym etapie widzimy, że uzyskanie odszkodowania nie jest czystą formalnością.
Przypadek 2 – zdjęcie na zaproszeniu
W portalu orzeczeń Sądu Okręgowego w Kaliszu znajdziemy informacje o wyroku dotyczącym podobnej sprawy (zob. wyrok w sprawie o sygn. akt I C 1813/14).
W tym przypadku fotografka domagała się kwoty 12.000 zł tytułem naruszenia praw autorskich osobistych oraz kwoty 7.500 zł tytułem naruszenia autorskich praw majątkowych oraz kosztów procesu, w tym kosztów zastępstwa procesowego. Jeszcze przed wniesieniem pozwu powódka wezwała stronę pozwaną do zapłaty kwoty 18.500 zł. Naruszenie miało polegać na tym, że zdjęcie zostało wykorzystane jako element treści zaproszenia na wykład poświęcony Miłoszowi. Zaproszenie to zostało rozpowszechnione na stronach lokalnych mediów.
Również w tym przypadku sąd uznał roszczenie za nieuzasadnione i zwrócił uwagę na to, że zdjęcia nie były przez twórce oznaczone jako jego dzieła. Sąd miał też wątpliwości co do autorstwa zdjęć.
– Wprawdzie powódka załączyła do pozwu wydruk ze swojej strony internetowej, na której zostały umieszczone fotografie z wizerunkiem C. M., ale żadne z nich nie zawiera oznaczenia jednoznacznie wskazującego na autorstwo powódki. Sam fakt umieszczenia fotografii na stronie internetowej nie świadczy o posiadanych prawach autorskich (…). Okoliczność, że powódka miała prawo utrwalić wizerunek poety, a także to, że jest autorem wielu jego zdjęć czy też posiada wydane przez siebie albumy fotograficzne poświęcone poecie, nie dowodzi jeszcze, że jest ona autorem zdjęcia będącego przedmiotem sporu albo przysługuje jej prawo autorskie majątkowe nabyte z innego tytułu – czytamy w wyroku.
Sąd w Kaliszu również zgodził się z tym, że działanie biblioteki mieściło się w art. 27 ustawy o prawach autorskich, zatem było rodzajem dozwolonego użytku. Uwaga, ten wyrok również jest nieprawomocny.
Nie tylko biblioteki
W ostatnim czasie zgłosiły się do mnie osoby, które na własnej skórze doświadczyły czegoś w rodzaju cichego copyright trollingu (nie są to przypadki związane wyłącznie z J.P.). Zjawisko cichego trollingu dotyczy nie tylko bibliotek czy szkół, ale także osób prywatnych i firm. Samo zamieszczenie zdjęcia na stronie czy blogu może sprawić, że dostaniesz propozycję ugody za np. 15.000 zł. Posiadacze praw autorskich mogą próbować dochodzić swoich praw zarówno na drodze cywilnej jak i karnej, a postępowania karne mogą być szczególnie kłopotliwe dla urzędników państwowych.
Oczywiście twórcy mają prawo dbać o swoje interesy. Nie mam też wątpliwości co do tego, że droga ugodowa w wielu przypadkach mogłaby być lepszą opcją. Mogą się natomiast pojawić pewne wątpliwości natury etycznej, jeśli naruszenie ma charakter przypadkowy, a twórca w ramach ugody domaga się bardzo dużych kwot.
Miłosz by się ucieszył?
Osobnym wątkiem jest ocenianie takich działań z punktu widzenia kultury, sztuki i zasad etyki.
Można się zastanawiać nad tym, czy sam Czesław Miłosz ucieszyłby się z tego, że jego zdjęcia stanowią powód do uzyskiwania odszkodowań od bibliotek podejmujących pewne działania dla dobra kultury? Czy fotografka, artystka i osoba kultury, nie powinna nieco przychylniejszym okiem patrzeć na działania bibliotek? Oczywiście, można upominać biblioteki i edukować je w kwestii praw autorskich, ale czy ten cel osiągany jest właściwie? Każdy z Was we własnym zakresie może udzielić sobie odpowiedzi na te pytania.

Źródło: http://di.com.pl/fotografka-pozywajaca-biblioteki-przegrywa-w-sadach-o-cichym-copyright-trollingu-51943

UWAŻAJ ZE ZDJĘCIAMI ZNANYCH POLAKÓW.

Ktoś może żądać od Ciebie tysięcy złotych
Marcin Maj, 27-05-2015, 09:39

Zdjęcia znanych Polaków mogą trafiać na strony bibliotek i szkół, a potem ich autorka może żądać od tych instytucji bardzo wysokich odszkodowań. Pomimo że autorka dba o to, aby jej działania nie nabrały rozgłosu, naszym zdaniem lepiej jest mówić o tym głośno. Uważamy, że mówienie o konsekwencjach wynikających z nieznajomości lub niestosowania się do prawa autorskiego (i nie tylko autorskiego) to najlepszy i najtańszy dla wszystkich sposób na edukację Polaków w tej kwestii. Dzięki temu możemy zapobiec zarówno przyszłym naruszeniom, jak i dotkliwym odszkodowaniom za – wydawałoby się czasem – niewinne lub nieszkodliwe działania.
W połowie ubiegłego miesiąca pisałem w Dzienniku Internautów o wyrokach dotyczących pewnej pani fotograf, która pozwała dwie biblioteki w związku z naruszeniami praw autorskich. Wyroki były nieprawomocne i te sprawy będą się jeszcze jakiś czas ciągnąć. Chcieliśmy jednak przy okazji zwrócić uwagę na to, za jakiego typu naruszenie fotografka może żądać od biblioteki tysięcy złotych.
W jednym przypadku fotografka domagała się kwoty 9,6 tysięcy złotych za to, że biblioteka umieściła zdjęcie Czesława Miłosza na swojej stronie. Sporne zdjęcie zostało wykorzystane jako graficzny dodatek do informacji o spotkaniu poświęconym twórczości poety.
W drugim przypadku artystka domagała się kwoty 12 tysięcy złotych tytułem naruszenia praw autorskich osobistych oraz kwoty 7,5 tysięcy złotych tytułem naruszenia autorskich praw majątkowych. Nie podobało jej się to, że biblioteka wykorzystała zdjęcie Czesława Miłosza jako element treści zaproszenia na wykład poświęcony Miłoszowi. Zaproszenie to zostało rozpowszechnione na stronach lokalnych mediów.
Biblioteko, zapłać 13 tysięcy!
W obydwu opisanych przypadkach sądy pierwszej instancji odrzuciły roszczenia fotografki. W obu sprawach będą apelacje i karta może się jeszcze odwrócić. Niemniej obydwa spory są dość specyficzne, ponieważ dotyczą bibliotek, które są organizacjami utrzymywanymi przez społeczeństwo i niedziałającymi dla zysku.
Fotografka uznała, że naruszono jej prawa. Nie życzyła sobie zdjęć na stronach bibliotek. To jest zrozumiałe i zapewne wystarczyłoby zwrócić się do bibliotek o ich usunięcie. Biblioteki z pewnością byłyby gotowe nie tylko przeprosić, ale nawet mogłyby zapłacić jakieś rozsądne zadośćuczynienie lub wynagrodzenie za wykorzystanie spornych dzieł. Problem w tym, że pani J.P. od początku żądała bardzo wysokich kwot za jedno zdjęcie (kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych) i to czyni sprawę nieco bardziej… skomplikowaną.
Są też inne elementy, które czynią działania artystki zjawiskiem bardziej złożonym i ciekawym. Przede wszystkim artystka wystąpiła o odszkodowania nie tylko do tych dwóch bibliotek. Najwyraźniej wyszukiwała ona naruszenia do swoich zdjęć w internecie i gdy tylko je znalazła, kontaktowała się z naruszycielem w sprawie „ugodowego” załatwienia sprawy. Ugoda miała polegać na zapłaceniu kilku lub kilkunastu tysięcy złotych.
Nie wiemy, do ilu bibliotek mogła zwrócić się fotografka. Rozmawialiśmy o tym z kilkoma bibliotekarzami, którzy mówili o dużej skali problemu. Wiemy też, że problem był na tyle poważny, że środowisko bibliotekarskie starało się zwracać na niego uwagę. Przykładowo w serwisie Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich znajdziemy ciekawe stanowisko w sprawie odpowiedzialności karnej za naruszenie praw autorskich. W tym stanowisku czytamy.
…na przestrzeni kilku lat, wiele bibliotek w Polsce otrzymuje pismo od kancelarii odszkodowawczej, reprezentującej jak się okazuje tę samą osobę, z wezwaniem do zapłaty za naruszenie dóbr osobistych i szkodę majątkową (…) Nie ma przy tym znaczenia, czy zdjęcie jest umieszczone bezpośrednio na stronie biblioteki, czy też znajduje się na prezentacji wykonanej np. przez uczniów, następnie sfotografowanej i umieszczonej na stronie biblioteki jako podsumowanie projektu literackiego.(…) Roszczenie nie jest poprzedzone żadnym pismem o ewentualnym naruszeniu, nie ma też możliwości polubownego rozwiązania problemu, poprzez ustalenie proporcjonalnego, racjonalnego czy realnie oszacowanego zadośćuczynienia (…) kwota wyjściowa roszczenia to około 13 tys. zł, (…) Wiele bibliotek już zapłaciło, nawet jeśli podstawa prawna czy faktyczna była wątpliwa…
Inny ślad problemu znajdujemy w stanowisku opublikowanym na stronie Centrum Cyfrowego. Organizacja pozarządowa zauważyła, że sankcje za naruszenia prawa autorskiego nie powinny być zbyt wygórowane. W jednym z przypisów w stanowisku czytamy o tym, jakie byłyby korzyści ograniczenia sankcji.
Wpłynęłoby to na ograniczenie zjawiska „copyright trolling”, polegającego na żądaniu przez uprawnionych znacznych sum pieniędzy z tytułu naruszeń praw autorskich popełnianych nieświadomie, w celach społecznie pożytecznych tak przez osoby indywidualne, jak i instytucje publiczne. Rażący przykład ostatnich miesięcy to wezwania do zapłaty kilkunastu tysięcy złotych wysyłane do bibliotek przez fotografkę J.P. z tytułu wykorzystania zdjęć Miłosza autorstwa J.P. bez licencji i atrybucji.
O działaniach tej samej fotografki pisano także w pracy zbiorowej pt. „Biblioteki we współczesnym systemie prawnym Polski i Unii Europejskiej”, wydanej przez Korporację Bibliotekarzy Wrocławskich. W jednym z artykułów dr Marek Piotr Urbański pisze o licznych wystąpieniach o odszkodowanie, które miały być związane ze fotografką J.P.
Fotografka nie chce by o tym mówiono
W tym miejscu warto wyjaśnić, w jaki sposób dochodzi do naruszeń praw do zdjęć. Zdarza się, że blogerzy, dziennikarze albo uczniowie przygotowują materiały o znanym Polaku, np. o Czesławie Miłoszu. Oczywiście zwracają się do Google, aby znaleźć jego zdjęcie. Jest duże prawdopodobieństwo, że trafią na zdjęcie wspomnianej fotografki. Pani J.P. jest też autorką zdjęć innych znanych Polaków.
Firma prowadzona przez panią J.P. dość sprawnie wykrywa naruszenia. Następnie kontaktuje się z rzekomym naruszycielem i przekazuje mu wezwanie do zapłaty np. kilkunastu tysięcy złotych. W wezwaniu znajduje się szczegółowe wyliczenie poniesionych szkód, np. należy się 7 tysięcy jako trzykrotność wartości dzieła i 7 tysięcy za brak podpisu pod zdjęciem, razem 14 tysięcy. Dziennik Internautów widział taki dokument. Nie ujawniamy go ze względu na prywatność źródła.
Firma fotografki J.P. może też proponować podpisanie „umowy licencyjnej” i w takiej umowie może znaleźć się klauzula o poufności. Czemu ta klauzula ma służyć? Nie wiadomo. Teoretycznie artysta, który nie chce, aby jego dzieła były bezprawnie wykorzystywane, powinien być wręcz zadowolony z nagłośnienia tych faktów, by takie sytuacje maksymalnie ograniczyć. Gdyby bowiem wszyscy w Polsce wiedzieli, że wykorzystanie zdjęcia Czesława Miłosza może kosztować kilka tysięcy złotych, zapewne nie ryzykowaliby pobierania zdjęcia z Google. Mimo to z jakiegoś powodu fotografka stara się tamować wypływanie informacji o zawieranych umowach.
Fotografka chce blokować również inne informacje o swojej działalności. Dziennik Internautów w ubiegłym miesiącu opublikował artykuł o nieprawomocnych wyrokach dotyczących tej fotografki i bibliotek. Firma fotografki próbowała spowodować usunięcie tego artykułu w sposób… dosyć niestandardowy. Nie przesłała do redakcji ani wydawcy żadnego sprostowania ani żądania usunięcia tekstu. Wysłała natomiast prośbę w sprawie usunięcia tekstu do firmy będącej jednym z udziałowców DI. W tej prośbie znalazły się stwierdzenia o tym, że artykuł narusza przepisy prawa prasowego. Adwokat, którego prosiliśmy o skomentowanie sprawy, podważył rozumowanie prawnika fotografki. Opisaliśmy tę sprawę w tekście pt. Czy DI musi usunąć artykuł o wyrokach, skoro pozywający sobie tego życzy?
Podsumowując, fotografka dochodziła odszkodowań w sposób, który nie miał być nagłośniony. W proponowanych internautom umowach były klauzule o poufności. Fotografka starała się również naciskać na Dziennik Internautów, aby ten nie publikował informacji o wyrokach dotyczących jej sporów o prawa autorskie.
Skąd to dbanie o brak rozgłosu? Rozumiemy poczucie prywatności oraz skromność niektórych artystów, którym wystarcza, że podziwia i uznaje się ich dzieła. Uważamy jednak, że w obecnej sytuacji najbardziej korzystne byłoby mówienie głośno o naruszeniach praw J.P. oraz o żądanych i zapłaconych odszkodowaniach. Te informacje działałaby odstraszająco i powstrzymałyby dalsze naruszenia. To byłaby sytuacja win-win – fotografka nie ponosiłaby strat i nie musiałaby do nikogo występować o odszkodowanie. Ludzie uniknęliby sądów, wezwań itd. Dlaczego nie nagłaśniać tej i podobnych spraw?
Więcej niż biblioteki
Oczywiście wprowadziłbym Czytelników w błąd, gdybym twierdził, że fotografka J.P. uparła się na biblioteki. Artystka lub jej firma występowały o odszkodowania także do osób prywatnych (np. blogerów) albo do innych instytucji publicznych. Zbierając materiały na temat jej działań, miałem okazję widzieć umowę na kwotę ponad 14 tys. złotych, która została zawarta z pewną polską organizacją rządową. Nie będę pisał o szczegółach, aby przypadkiem nie ujawnić źródła informacji, które prosiło o anonimowość. Myślę, że przydałaby się większa jawność w kwestii umów zawieranych przez instytucje rządowe.
Pani J.P. występowała także o odszkodowania do podmiotów działających komercyjnie na rynku mediów. Jednego z takich przypadków dotyczył wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 28 czerwca 2007 r. (sygnatura akt. VI ACa 447/07). To była naprawdę ciekawa sprawa. Chodziło w niej o to, że w głównym wydaniu programu informacyjnego wyemitowany został materiał związany ze śmiercią Czesława Miłosza. W tym materiale pokazano osoby wpisujące się do księgi kondolencyjnej wyłożonej w sali, gdzie eksponowane były fotografie przedstawiające Czesława Miłosza. W materiale pokazane były zdjęcia zmarłego poety w taki sposób, że nie było wątpliwości, iż fotografie te stanowią wystrój miejsca, gdzie oddawany był hołd zmarłemu poecie.
Fotografka dopatrzyła się w tym naruszeń i postanowiła iść do sądu. Sąd Okręgowy uznał, że ukazanie zdjęć w materiale telewizyjnym mieściło się w ramach dozwolonego użytku. Fotografka złożyła apelację, ale Sąd Apelacyjny oddalił ją.
– Zbyt daleko idące są twierdzenia powódki, iż wykorzystanie w reportażu zdjęć jej autorstwa zwiększyło wartość artystyczną materiału filmowego, uatrakcyjniło go i wpłynęło na większą oglądalność. Odbiorcy programów informacyjnych nie oczekują od nich szczególnych walorów artystycznych, lecz szybkich i wiarygodnych relacji na temat aktualnych wydarzeń – stwierdził w uzasadnieniu Sąd Apelacyjny. Treść tego uzasadnienia możecie znaleźć w serwisie LexLege.
Miasto płaci tysiące za licencję
Jak już wspomniałem, miałem okazję rozmawiać z osobami, które w różny sposób były zbliżone do spraw związanych z roszczeniami pani J.P. Rozmawiałem z bibliotekarzami, osobami prowadzącymi różne serwisy i blogi oraz z osobami, które w różny sposób znalazły się w zasięgu zainteresowań pani J.P. Te osoby opowiadały mi interesujące historie np. o tym, że fotografka żądała niemałych pieniędzy za naruszenia dokonane przez dzieci (to nie oznacza, że żądała pieniędzy od dzieci, ale mogła ich żądać np. od opiekunów lub innych osób związanych ze sprawą). Starałem się potwierdzić te informacje u samej fotografki, ale nie odpowiedziała ona na moje pytania w tym zakresie (zob. aktualizację).
W sieci znajdziecie strzępki różnych ciekawych informacji o działaniach pani J.P. Przykładowo da się znaleźć gazetkę pewnego Gimnazjum i Liceum z Krakowa, w której to gazetce opublikowano przeprosiny za niezamierzone naruszenie praw do zdjęcia. Nie wiem, czy w tym konkretnym przypadku fotografka żądała od uczniów lub ich rodzin jakichś pieniędzy. Sama publikacja przeprosin świadczy jednak o tym, że firma pani J.P. była w stanie zlokalizować naruszenie dokonane przez redaktorów szkolnej gazetki.
Inny ciekawy przypadek – w rejestrze umów Urzędu Miasta Lublin da się znaleźć informacje o umowie, która została zawarta z fotografką J.P. na licencję na wykorzystanie zdjęcia na stronie internetowej. Urząd miasta zapłacił za tę licencję ponad 4,3 tys. zł, a więc dość sporo. Nie wiemy, czy zawarcie tej konkretnej umowy odbywało się pod wpływem jakichś nacisków. Czekamy na dodatkowe informacje od lubelskiego urzędu. Niezależnie od tego widzimy, że instytucje publiczne potrafią wydać dość sporo pieniędzy podatników na licencję na wykorzystanie jednego zdjęcia.
Co na to fotografka?

Jak już wspomnieliśmy, nie podajemy nazwiska pani J.P., aby nie było wątpliwości, że tekst nie jest skierowany przeciwko niej. Chcemy przede wszystkim ostrzec internautów, aby unikali wykorzystywania zdjęć znanych Polaków, jeśli nie mają pewności, czy mogą je wykorzystać. Jeśli ktoś już wykorzystał zdjęcia pani J.P., może się spodziewać, że skontaktuje z nim jej firma lub jeden z jej prawników. Zdarza się też, że pod wezwaniami do zapłaty podpisuje się pani D.M., która pracuje dla J.P.
Jak już wspomnieliśmy, zastanowiła nas zwłaszcza skromność pani J.P. oraz jej firmy. Postanowiliśmy spytać, dlaczego firma zawiera ugody z klauzulą poufności, skoro lepsze byłoby dla niej nagłaśnianie takich spraw. Chcieliśmy też wiedzieć dlaczego pani J.P. chciała usuwać artykuły na temat wyroków.
Spytaliśmy też, czy pani J.P. nie uważa, że żądane przez nią odszkodowania są zawyżone. Czy pani J.P. mogłaby wytłumaczyć, w jaki sposób wykorzystanie zdjęcia przez bibliotekę powoduje stratę szacowaną na tysiące złotych? Nie wątpimy, że pani J.P. ma zamiar dochodzić swoich praw. Chcieliśmy tylko wiedzieć, jak szacowane są straty i odszkodowania.
Jest jeszcze coś, o co warto spytać. Pani J.P. twierdzi, że traci tysiące złotych z powodu tych wszystkich ludzi, którzy mogą wykorzystać jej zdjęcie pobrane z Google. Czy w takim razie fotografka nie powinna rozważyć usunięcia swoich zdjęć z Google, skoro ich dostępność powoduje tak dotkliwe straty? Jest przecież taka możliwość.
Pani J.P. nie odpowiedziała nam na pytania osobiście, ale odpowiedziała nam w jej imieniu pani M.S., prawniczka pani J.P. Oto co napisała.
Zasadność i wysokość roszczeń w przypadku naruszenia praw autorskich reguluje Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stąd pytania o tym traktujące uważam za świadczące o kompletnym nierozumieniu tematu.
W taki sam sposób traktuję pytanie dotyczące możliwości usunięcia zdjęć z google.
Jednocześnie oświadczam, iż wobec toczących się postępowań sądowych nie komentuję prowadzonych spraw i tego rodzaju polemikę traktuję jako nieetyczną. Sugeruję również Panu rozpoczynanie ewentualnych dyskusji na etapie, w którym postępowania są zakończone prawomocnymi wyrokami.
Po otrzymaniu tych odpowiedzi zadawałem firmie pani J.P. dodatkowe pytania. Chciałem wiedzieć, ile razy firma występowała o odszkodowania oraz czy potwierdzi fakt uzyskiwania odszkodowania za naruszenia dokonane przez dzieci. Na ten drugi zestaw pytań nie dostałem żadnej odpowiedzi do chwili publikacji tego tekstu.
Twórcy i mega-odszkodowania
Pani M.S. (prawniczka J.P.) wspomniała o tym, że wysokość roszczeń reguluje ustawa o prawach autorskich. Zarzuciła mi „kompletne niezrozumienie tematu”. Nie będę się z nią sprzeczał – ekspertem-prawnikiem nie jestem. Obiło mi się jednak o uszy, że istnieje coś takiego jak art. 79 ustawy o prawie autorskim. To jest właśnie przepis, który pozwala posiadaczowi praw żądać trzykrotności „stosownego wynagrodzenia” w razie naruszenia. Doskonale wiem, że pani J.P., przedstawiając swoje roszczenia, powoływała się właśnie na ten przepis.
Jest w tym wszystkim jedno „ale”. Nawet jeśli twórca może żądać trzykrotności „stosownego wynagrodzenia”, to nie oznacza, że sąd automatycznie przyzna twórcy odszkodowanie we wskazanej wysokość. Powinny o tym pamiętać osoby, które otrzymują różne wezwania do ugody. To, że twórca teoretycznie może się domagać 15 tysięcy złotych, wcale nie oznacza, że sąd oceni jego szkodę tak wysoko. Sąd w ogóle może poddawać w wątpliwość wiele rzeczy, które według artysty będą oczywiste. Nawet ustalenie, czy doszło do naruszenia, może być bardziej złożoną sprawą, niż początkowo się wydaje.
Inna rzecz, że za niecały miesiąc Trybunał Konstytucyjny będzie się zastanawiał, czy art. 79 ustawy o prawach autorskich jest zgodny z konstytucją. Ten przepis był w przeszłości wielokrotnie krytykowany i uważa się, że może służyć do uzyskiwania odszkodowań nieproporcjonalnych w stosunku do poniesionej szkody.
Należy też zwrócić uwagę na to, że art. 79 wspomina o trzykrotności „stosownego wynagrodzenia”. Wynagrodzenie „stosowne” nie zawsze oznacza „dowolną wymyśloną przez artystę kwotę”. Przedstawiane w tym miejscu uwagi tyczą się nie tylko spraw związanych z panią J.P. Po prostu zwracam uwagę na szerszy problem, jakim jest ustalanie odszkodowań za prawa autorskie.
Mówcie o tym i uważajcie!
Ten artykuł nie wyczerpuje wszystkiego, co wiemy o działaniach pani J.P. Poza tym uruchomione przez artystkę sprawy będą miały swój dalszy ciąg. Będziemy jeszcze o tym pisać i jesteśmy w trakcie badania przypadków, gdy inni posiadacze praw autorskich występowali z poważnymi roszczeniami do sprawców raczej drobnych, niechcianych naruszeń.
Po co o tym wszystkim piszemy? Przede wszystkim chcemy zapobiec naruszeniom. Wszyscy internauci powinni wiedzieć, że nie można, ot tak, brać sobie zdjęć z internetu i korzystać z nich. Po pierwsze, artystom należy się zapłata za korzystanie z ich dzieł. Wielu z nich utrzymuje się właśnie ze swojej twórczości i odmawianie im prawa do wynagrodzenia za nią jest co najmniej nieetyczne. Na szczęście dla artystów jest prawo, które chroni ich przed bezpłatnym korzystaniem z ich dzieł, bez ich zgody. I to może się skończyć dla naruszycieli prawa (zarówno dla osób fizycznych, jak i prawnych) wezwaniami do ugody albo pozwem. Będzie zatem lepiej, jeśli wszyscy będą o tym wiedzieli i będą unikali naruszeń.
Dzięki temu artyści, jak np. opisywana w artykule fotografka, nie będą musieli się martwić i nie będą mieli powodów, by odrywać się od swojego powołania, czyli tworzenia dzieł, ani nie będą musieli wydawać ciężko zarobionych pieniędzy na działania windykacyjne. A lepiej wyedukowani internauci będą z kolei unikać konfliktów prawem i nie będą musieli ponosić konsekwencji jego naruszeń. To będzie sytuacja win-win i do tego dążymy.
Podzielcie się zatem tym artykułem ze znajomymi. Warto ostrzec ludzi przed tym, jak łatwo można naruszyć prawo i jak dotkliwe mogą być tego konsekwencje. Przy okazji, jeśli dotknął Was podobny przypadek i podpisaliście klauzulę o poufności, powinniście uważniej przeanalizować swoją sytuację. Zachęcamy do przeczytania tekstu pt. Umowa zawarta pod presją i z klauzulą poufności. Co na to prawnicy?
W tekście nie podano nazwiska artystki, której przypadki opisaliśmy. Nie zależy nam na piętnowaniu artysty, który w ten czy inny sposób dochodzi swoich praw. Mając na uwadze fakt, że nieznajomość prawa nie zwalnia od jego przestrzegania, zależy nam natomiast na edukowaniu naszych Czytelników i innych użytkowników internautów poprzez opisywanie pewnych wydarzeń i zjawisk. Lepiej uczyć się na cudzych błędach niż własnych.

AKTUALIZACJA
Już po publikacji tego tekstu prawniczka pani J.P. przysłała do nas odpowiedzi na dodatkowe pytania. Właściwie nie były to odpowiedzi w sensie ścisłym, raczej odmowa ich udzielenia. Niemniej jest to rodzaj ogólnego oświadczenia na temat całej sprawy. Prawniczka zażyczyła sobie publikacji wiadomości e-mail w całości, co też czynimy. Pod treścią tego oświadczenia dodamy jeszcze cztery uwagi.

Szanowny Panie,
W odpowiedzi na Pański e-mail dotyczący Mojej Klientki podnoszę co następuje: Pani /…/ nie jest osobą publiczną – przedstawianie jej osoby w sposób umożliwiający identyfikację jest sprzeczne z przepisami prawa.
Moja Mocodawczyni nie udziela żadnych informacji na temat toczących się spraw sądowych, ich ilości, charakteru naruszeń czy zapadłych orzeczeń, stąd poniższe argumenty proszę traktować jako ostateczne zamknięcie tematu.
Oświadczam, iż Moja Klientka nie kierowała nigdy żadnych roszczeń wobec osób nie posiadających zdolności do czynności prawnych, a sugerowanie takich działań jest naruszeniem jej dóbr osobistych.
Za takie samo naruszenie uważam opisywanie Mojej Mocodawczyni w kontekście „copyright trollingu”. Znaczenie tego określenia najwyraźniej nie jest znane osobie publikującej takie treści. Najwyraźniej obce są Panu również przepisy Konstytucji gwarantujące prawo do sądu oraz przepisy Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
Z dochodzenia roszczeń powstałych na skutek naruszenia obowiązującego prawa nie można nikomu czynić zarzutu. Ostateczna ocena stanu prawnego należy do niezawisłych sądów, które do dnia dzisiejszego nie wydały żadnego prawomocnego wyroku oddalającego powództwo Mojej Klientki.
W przypadku publikacji niniejszej wypowiedzi oświadczam, iż zgadzam się na publikacje powyższego tekstu jedynie w całości, bez zmian, rozdzielania tekstu lub innych zabiegów redakcyjnych.

Tutaj należałoby wyjaśnić trzy rzeczy. Po pierwsze można dyskutować o tym, czy pani J.P. nie jest osobą publiczną. Jest to artystka, która wydawała albumy ze zdjęciami i udzielała wywiadów w prasie. Ta artystka ma swoją stronę internetową służącą promocji jej działalności i ma nawet „oficjalny profil” na Facebooku jako… „osoba publiczna”. Oczywiście pani J.P. ma prawo czuć się jak ktoś, kto nie jest osobą publiczną. Między innymi dlatego odpuszczamy sobie ujawnianie jej nazwiska.
Inna rzecz, że wcale nie trzeba być osobą publiczną, aby prasa mogła o kimś napisać i nawet podać dane osobowe.
Druga uwaga: Prawniczka oświadczyła, że jej klientka nigdy „nie kierowała roszczeń wobec osób nie posiadających zdolności do czynności prawnych”. Nikt tego nie twierdził ani nawet nie sugerował. My wspominaliśmy jedynie, że otrzymywaliśmy informację o tym, iż fotografka mogła kierować roszczenia w związku z naruszeniami dokonanymi przez dzieci. Roszczenia mogły być kierowane np. do opiekunów prawnych. Pytałem prawniczkę pani J.P. o to, czy kierowała ona roszczenia do jakichkolwiek osób w związku z naruszeniami dokonanymi nieświadomie przez dzieci. Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi.
Trzecia uwaga dotyczy kwestii „copyright trollingu”. Nie istnieje prawna definicja tego zjawiska. W ogóle nie istnieje jedna dobra definicja tego zjawiska. Dziennik Internautów opisywał pewne kryteria, według których można definiować copyright trolling, ale te kryteria nie stanowią żadnej ścisłej definicji. Terminem podobnym do „copyright trollingu” jest „hejt”. Jedni nazwą „hejtem” każdą krytykę i nawet drobne narzekanie, inni będą mówili o „hejcie”, tylko gdy padają wulgaryzmy. Dziennik Internautów nie dokonuje ostatecznej oceny, czy działania pani J.P. są copyright trollingiem. Każdy może we własnym zakresie dokonać takiej oceny.
Czwarta, najważniejsza uwaga. Nikt nie czyni zarzutu z dochodzenia roszczeń powstałych na skutek naruszeń. Przeciwnie! Rozumiemy artystkę i dlatego chcemy zapobiec kolejnym naruszeniom. Opisując działania pani J.P., chcemy pokazać Czytelnikom dlaczego powinni uważać na naruszenia, czego powinni się wystrzegać itd. Naprawdę kieruje nami chęć pomocy artystce, aby już nikt nigdy nie naruszył praw do jej zdjęć.

Więcej na ten temat:
Fotografka wygrała z biblioteką, ale wyrok był „tańszy” niż ugoda
Fotografka vs biblioteka – dlaczego wyrok był tańszy niż ugoda? Treść uzasadnienia wyroku SA w Poznaniu (I ACa 68/15)

JUDYTY PAPP COPYRIGHT TROLLING „NA MIŁOSZA”

Do Leszka, administratora Liternetu i współtwórcy Rozdzielczości Chleba, metodą „na Miłosza” postanowiła przyssać się niejaka Judyta Papp, fotografka gwiazd oraz kierowniczka portalu JP2Love poświęconego wiadomej tematyce. Fotografka zażądała 12 500 złotych plus należne odsetki i tip dla Dominiki Mickiewicz, która złożyła pismo, za to, że jeden z użytkowników Liternetu zamieścił w swoim poście zdjęcie Czesława Miłosza. Fundacja Liternet jest organizacją non-profit, a zdjęcie zostało po otrzymaniu wezwania usunięte z postu, za którego treść odpowiada zresztą użytkownik. Mniejsza jednak o rzekome naruszenia. Pismo jest elementem kampanii copyright trollingu prowadzonej przez rzeczoną Judytę Papp przeciwko bibliotekom i domom kultury w imię chrześcijańskiego prawa własności intelektulnej. Wojtyła i Miłosz byliby dumni.
O atakach Judyty Papp i jej prawniczek na biblioteki pisał obszernie w Dzienniku Internautów Marcin Maj: Fotografka pozywająca biblioteki przegrywa w sądach oraz Uważaj ze zdjęciami znanych Polaków. Jego zdaniem kwoty rzekomej ugody kilkaset razy przekraczają zwyczajowe w branży (np. według sugestii Związku Polskich Artystów Fotografików), a rzekome naruszenia zwykle kwalifikują się jako dozwolony użytek. Co ciekawe, wątłość podstaw do odszkodowania potwierdzają sądy, w których fotografka przegrała już kilka spraw.

Prawnicy Judyty starają się zacierać ślady swojej działalności, bowiem biznes podobnych im szmaciarzy opiera się na nieznajomości prawa oraz szoku wywoływanym przez spam operujący kwotami i paragrafami. Bronią przeciwko copyright trollingowi jest upublicznianie tego typu spraw, co niniejszym robimy.
Poniżej treść wezwania zawierająca naruszający prawa kontent. Pani Judycie Papp, Dominice Mickiewicz i reszcie zespołu życzymy tradycyjnego skrętu kichy. Warto wspomnieć, że pani fotografka sama nieudolnie podrabia na swojej stronie ikonę Findera. Co na to Apple?
Jeśli dostaniecie takie wezwania – upublicznijcie je z tagiem #jp2love, a później olejcie.

AKTUALIZACJA:
Na prośbę pani Papp ukryliśmy wrażliwe dane w skanach listu. Więcej na ten temat – Judyta Papp wzywa do usunięcia postu.

Źródło: http://ść-ch.pl/judyty-papp-copyright-trolling-na-milosza/

FOTOGRAFKA VS BIBLIOTEKA – DLACZEGO WYROK BYŁ TAŃSZY NIŻ UGODA?

Treść uzasadnienia wyroku SA w Poznaniu (I ACa 68/15)
Marcin Maj, 17-08-2015, 09:07

W czerwcu Dziennik Internautów opisywał spór pewnej fotografki z pewną biblioteką, który zakończył się wyrokiem przed sądem apelacyjnym. Sąd uznał, że do naruszenia praw autorskich doszło, ale przyznał też, że żądana przez fotografkę kwota była zawyżona. Dziś publikujemy treść wyroku wraz z transkrypcją uzasadnienia ustnego.
Pod koniec maja tego roku Dziennik Internatów ostrzegał wszystkich przed wykorzystywaniem zdjęć znanych Polaków na stronach lub na blogach. Ostrzegaliśmy, opisując działania pewnej fotografki (nazwijmy ją Panią J.P.), która występowała do różnych instytucji i osób z roszczeniami. Pani J.P. potrafiła żądać np. kilkunastu tysięcy złotych za to, że biblioteka wykorzystała zdjęcie Czesława Miłosza na zaproszeniu na wykład poświęcony poecie.
Wyrok tańszy niż ugoda – o co chodziło?
Dziennik Internautów śledził i wciąż śledzi sprawy sądowe związane z roszczeniami J.P. Najpierw pisaliśmy o wyrokach, jakie zapadły w pierwszej instancji. Co ciekawe, początkowo biblioteki wygrywały z fotografką.
Jedna z tych spraw dotarła do II instancji i doczekała się wyroku przed sądem apelacyjnym. Co prawda fotografka ostatecznie wygrała, ale zasądzona dla niej kwota była znacznie niższa od tej, jakiej żądała w ramach „ugody” i potem przed sądem.
Dziennik Internautów pisał o wyniku sprawy, ale nie opisywaliśmy szczegółów dotyczących uzasadnienia wyroku (Sąd Apelacyjny w Poznaniu, wyrok z dnia 16 czerwca 2015, sygn. akt I ACa 68/15).
Transkrypcję uzasadnienia ustnego otrzymaliśmy w trybie dostępu do informacji publicznej. Potem kilkakrotnie zwracały się do nas różne osoby zainteresowane tą sprawą. W związku z tym zdecydowaliśmy się opublikować treść wyroku wraz z transkrypcją uzasadnienia. Dokument znajdziecie w całości pod tym tekstem. My zwrócimy uwagę na pewne ciekawe szczegóły.
Naruszenie było, ale…
Przypomnijmy tło sprawy. Fotografka, pani J.P., domagała się od biblioteki kwoty 9.600 zł za to, że biblioteka umieściła zdjęcie Czesława Miłosza jej autorstwa na swojej stronie. Dodajmy, że zanim w ogóle doszło do sprawy sądowej, pani J.P. wzywała bibliotekę do zapłacenia 13.600 zł (można o tym poczytać w uzasadnieniu wyroku I instancji).
Biblioteka nie zdecydowała się na „ugodę” za ponad 9 tys. złotych. Sprawa trafiła do sądu i w I instancji fotografka przegrała. W drugiej instancji wygrała, ale sąd zasądził od pozwanej na rzecz powódki „tylko” 1.450 zł. Wyrok okazał się znacznie tańszy niż ugoda.
W uzasadnieniu ustnym, które znajdziecie poniżej, sąd zwrócił uwagę na następujące kwestie:
Skoro strona pozwana (biblioteka) wzięła zdjęcie z Google, było to zawinione działanie. Autorstwo zdjęcia nie zostało oznaczone, ale zdaniem sądu można było użyć wyszukiwarki, by to autorstwo ustalić.
Pozwana biblioteka jest instytucją oświatową i mogłaby skorzystać z dzieła na podstawie art. 27 ustawy o prawach autorskich (tzw. dozwolony użytek edukacyjny). Niestety zdaniem sądu art. 27 mógłby mieć zastosowanie, gdyby krąg odbiorców był ograniczony. W opisywanej sprawie fotografia została umieszczona na ogólnodostępnej stronie internetowej.
Do naruszenia doszło, owszem, ale dochodzona przez fotografkę kwota była zdaniem sądu zbyt wysoka. Tutaj warto zacytować fragment uzasadnienia (podzieliliśmy tekst na akapity i dodaliśmy pogrubienia).
Co do wysokości natomiast dochodzonego roszczenia to należy przypomnieć, że powódka domagała się łącznie zasądzenia na swoją rzecz od pozwanej kwoty 9600 złotych, w tym 6600 złotych, jako zapłaty 3-krotności stosownego wynagrodzenia oraz kwoty 3000 złotych tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

Jeżeli chodzi o tę pierwszą pozycję to, znaczy dochodzenia odszkodowania w wysokości 6000 złotych, ściśle 3-krotności stosownego wynagrodzenia jakie powódce by przysługiwało, gdyby miała zawartą umowę, no to, zdaniem Sądu Apelacyjnego, powódka w większej części nie wykazała wysokości tego wynagrodzenia jakie by jej przysługiwało. Powódka dołączyła różne prywatne dokumenty, w tym umowy, z których, zdaniem powódki, miałaby wynikać wysokość wynagrodzenia, jednakże należy tutaj zwrócić uwagę, że dowody przedstawione przez powódkę na okoliczność wysokości wynagrodzenia jakie powinna uzyskać od pozwanej za wykonane zdjęcia, nie przedstawiają praktycznie większej wartości, dotyczą one przede wszystkim innych, dłuższych okresów, nie wiadomo też jakich zdjęć te umowy czy dokumenty dotyczyły.
Powódka nie składała wniosku o biegłego, wprost przeciwnie, w jednym z pism procesowych wprost oświadczyła, że jej zdaniem biegły jest niepotrzebny, gdyż te dokumenty, które przedstawiła do sprawy, całkowicie wystarczą do uwzględnienia powództwa.
(…)
Żądanie to zatem nie mogło być uwzględnione w takiej wysokości jak domaga się tego powódka, to znaczy w kwocie 6600 złotych miesięcznie, to jest przy założeniu, że wysokość wynagrodzenia wynosiłaby 2200 złotych. Żądanie to mogło być, według Sądu Apelacyjnego, uwzględnione jedynie w nieznacznym zakresie, to jest do wysokości, którą przyznała pozwana, czyli 150 złotych, która to kwota pomnożona przez trzy, czyli stanowiąca 3-krotność wynagrodzenia jaka by przysługiwała powódce od pozwanej, wynosi 450 złotych. Innych dowodów wskazujących, że wysokość tego wynagrodzenia była wyższa, albo że powódka poniosła szkodę wyższą niż kwota tutaj przyjęta, określona przez Sąd Apelacyjny, nie zostały przeprowadzone, nie były wnioskowane przez stronę powodową, toteż w tym zakresie, co do odszkodowania, powództwo podlega uwzględnieniu jedynie do kwoty 450 złotych.
Gdy chodzi natomiast o drugą pozycję, to znaczy żądanie kwoty 3000 złotych tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, to w świetle przedstawionych ustaleń i rozważań nie ma wątpliwości, że co do samej zasady należy się tutaj powódce zadośćuczynienie, na podstawie artykułu 78 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, z tytułu zawinionego naruszenia przez powódkę praw autorskich przez pozwaną, przepraszam, praw autorskich powódki. Okoliczność, że działanie pozwanej było zawinione jest oczywista w świetle tego, że powódka sama przyznała, że pobrała sporne zdjęcie z wyszukiwarki „……..”, z ogólnopolskiego portalu …….. Jednakże, zdaniem Sądu Apelacyjnego, dochodzona z tego tytułu kwota 3000 złotych, tytułem zadośćuczynienia z powodu naruszenia autorskich praw osobistych, jest zawyżona.
Ustalając wysokość zadośćuczynienia, należy mieć na uwadze wszystkie okoliczności mogące mieć wpływ na tę wysokość, a więc stopień zawinienia naruszającego prawa autorskie i czas tego naruszenia, także skalę tego naruszenia. Okoliczności te, które Sąd Apelacyjny uwzględnił, nie przemawiają za uwzględnieniem w całości żądania z tego tytułu. Zdjęcie było wykorzystane przez pozwaną Bibliotekę przez bardzo krótki okres i nie bynajmniej w celach zarobkowych, czy w celach reklamowych, ale wyłącznie w celach przyszłego spotkania edukacyjnego. Pozwana z tego tytułu nie odniosła żadnej korzyści. Z kolei nie można też mówić, aby wykorzystanie zdjęcia przez tak krótki okres w Internecie łączyło się dla powódki z jakąś szczególną dolegliwością, czy też powodowała u niej pewne większe poczucie krzywdy
Poniżej cały dokument – wyrok wraz z transkrypcją uzasadnienia ustnego.
IACa_68-15_infor (1)

Wyrok 1

Wyrok 3

Wyrok 4

Wyrok 5Wyrok 6

Wyrok 8

Wyrok 9

3,5 TYS. ZŁ ZA NARUSZENIE PRAW DO ZDJĘCIA MIŁOSZA.

Fotografka chciała znacznie więcej!
Marcin Maj, 29-09-2015, 12:28

Pewien lokalny serwis musi zapłacić 3,5 tys. zł za bezprawne zamieszczenie zdjęcia Czesława Miłosza o wielkości 75×30 pikseli. Czy to dużo? Cóż… autorka zdjęcia przed sądem domagała się większej kwoty. Sprawa z pewnych względów jest bardzo ciekawa.
Dziennik Internautów pisał w przeszłości o działaniach pewnej fotografki, pani J.P., która występowała do różnych instytucji w związku z naruszeniami praw autorskich do jej zdjęć. W działaniach pani J.P. jedna rzecz jest kontrowersyjna. Fotografka żąda bardzo wysokich odszkodowań za drobne naruszenia. Swoje roszczenia kieruje do niekoniecznie bogatych instytucji publicznych. Przykładowo zdarzało jej się żądać kilkunastu tysięcy złotych od bibliotek, które wykorzystały zdjęcia przedstawiające Czesława Miłosza. Te zdjęcia zostały wykorzystane np. w zaproszeniu na biblioteczne wydarzenie poświęcone poecie.
Generalnie jeśli chcecie wykorzystać jakieś zdjęcia znanych Polaków, uważajcie. Pani J.P. prowadzi ożywioną działalność na gruncie dochodzenia roszczeń z praw autorskich.
Z reguły J.P. żąda pieniędzy niewspółmiernych do naruszenia, co zwiększa efekt zastraszający. Na szczeście sądy wcale nie są skłonne do przyznawania mega-odszkodowań. Pisaliśmy już o wyroku w sprawie pewnej biblioteki, od której sąd zasądził 1.450 zł na rzecz J.P (dopiero w II instancji). To niedużo jeśli zważymy, że przed pójściem do sądu pani J.P domagała się 13.600 zł w ramach „ugody”, a potem przed sądem domagała się 9.600 zł.
Szczerze powiedziawszy już samo domaganie się w ramach „ugody” kwoty wyższej niż dochodzona przed sądem świadczy o jednym – ugoda ma służyć uzyskaniu nieproporcjonalnie wysokiej kwoty.
Tysiące złotych za miniaturkę?
Tak się składa, że w sierpniu Sąd Apelacyjny w Białymstoku wydał kolejny wyrok dotyczący pani J.P. (sygn. akt. I A Ca 334/15). Tym razem chodziło o naruszenie, którego dokonał lokalny serwis informacyjny. Serwis ten zamieścił zdjęcie znanego poety przy informacji o zbliżających się lokalnych wydarzeniach.
Fotografia była niewielkich rozmiarów – zaledwie 75×30 pikseli. Została usunięta zaraz po tym, jak administrator lokalnego serwisu został powiadomiony o naruszeniu.
Pani J.P. domagała się kwoty 8.600 zł. W tej kwocie mieściła się trzykrotność wynagrodzenia (6.600 zł) oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę (2.000 zł).
Pozwany próbował przekonywać, że do wykorzystania zdjęć doszło w ramach dozwolonego użytku. Podnosił też argument przedawnienia roszczeń. Sąd Okręgowy w Suwałkach nie miał wątpliwości, że do naruszenia jednak doszło i trzeba zapłacić. Zasądzona na rzecz J.P. kwota była jednak niższa od oczekiwanej – „tylko” 5.500 zł. W tej kwocie mieściła się trzykrotność wynagrodzenia (według sądu 4.500 zł) oraz zadośćuczynienie za krzywdę – 1000 zł.
Co ciekawe, obydwie strony sporu zaskarżyły wyrok. Pozwany miał wątpliwości m.in. do sposobu ustalania odszkodowania. Pani J.P. również miała do tego zastrzeżenia i rzecz jasna domagała się zasądzenia na jej rzecz 8.600 zł.
Trzykrotność już się nie należy

Sąd Apelacyjny uznał, że apelacja powódki jest nieuzasadniona, natomiast na częściowe uwzględnienie zasługuje apelacja pozwanego.
Sąd Apelacyjny uznał, że wynagrodzenie za tak małe zdjęcie mogło wynosić 1.500 zł. Sąd zwrócił też uwagę na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który w czerwcu tego roku uznał za niezgodny z Konstytucją RP przepis pozwalający na żądanie trzykrotności wynagrodzenia. Sąd uznał więc, że pozostaje możliwość dochodzenia dwukrotności „stosownego wynagrodzenia” (2 x 1.500 zł, czyli 3.000).
Ponadto Sąd Apelacyjny uznał, że wystarczająca kwota zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynosi… 500 zł. W uzasadnieniu czytamy, że: „Kwota ta spełnia funkcję kompensacyjną i stanowi dla pozwanego odczuwalną sankcję majątkową”.
Kopię wyroku wraz z uzasadnieniem znajdziecie pod tym tekstem.
Gdyby J.P. naprawdę chciała ugody?
To kolejny wyrok, który potwierdza szczególnie jedną rzecz. Można sobie żądać grubych tysięcy za drobne naruszenia, ale sąd nie zawsze przyzna takie odszkodowanie. Dlatego jeśli jakiś fotograf chce od Ciebie kilkunastu tysięcy za zdjęcie na blogu, który ma 10 wyświetleń miesięcznie, po prostu nie panikuj. Idź do sądu i nawet przegraj. Może się okazać, że będzie to dla Ciebie tańsze niż początkowo proponowana ugoda.
Spójrzmy teraz na dwa opisane w DI wyroki dotyczące Pani J.P. Pisaliśmy o wyroku SA w Poznaniu (I ACa 68/15). J.P. dostała 1.450 zł, podczas gdy najpierw w ramach ugody chciała kilkunastu tysięcy. Teraz mamy wyrok SA w Białymstoku (I A Ca 334/15) gdzie ostateczna kwota to 3.500 zł zamiast 8600 zł.
Zastanówmy się co by było, gdyby Pani J.P. od początku żądała takich kwot jak te zasądzone. Czy biblioteka zgodziłaby się zapłacić 1.450 zł za naruszenie? Możliwe, że tak. Dyrektorka biblioteki słusznie bowiem uznała, że kilkanaście tysięcy to przesada, nawet jeśli do naruszenia doszło.
Czy właściciel lokalnego serwisu mógłby zapłacić 3500 zł by uniknąć procesu? Być może tak. Nigdy się jednak tego nie dowiemy, bo pani J.P. od początku żąda wysokich kwot.
Ugoda z zasady ma służyć polubownemu załatwieniu sprawy. Chodzi o to, aby dwie strony zgodziły się na pewne ustępstwa. Jeśli natomiast ktoś proponuje ugody za ogromne pieniądze i potem przed sądem wygrywa o wiele mniejsze kwoty, świadczy to o czymś innym niż chęć ugodowego załatwienia sprawy. Można uznać, że to po prostu szczególna forma tzw. copyright trollingu.
Dokument źródłowy
Poniżej kopia wyroku SA w Białymstoku wraz z uzasadnieniem. Dokument uzyskaliśmy w trybie dostępu do informacji publicznej.
Wyrok SA Bialystok by Dziennik Internautów

Źródło: http://di.com.pl/35-tys-zl-za-naruszenie-praw-do-zdjecia-milosza-fotografka-chciala-znacznie-wiecej-53228

Wyrok 1

Wyrok 2

Wyrok 3

Wyrok 4

Wyrok 5

Wyrok 6

Wyrok 7

Wyrok 8

 

Wyrok 9

Wyrok 10

Wyrok 11

Wyrok 12

Wyrok 13

Wyrok 14

Wyrok 15

UWAŻAJ NA COPYRIGHT TROLLING!

Polska fotografka wykorzystuje naiwność szkół i fundacji.
Przez to ma ogromne „honoraria”

f1

Żeby zarabiać na robieniu zdjęć, trzeba mieć dobry pomysł. • Pixabay / CC0
Znana krakowska forografka jest mistrzynią copyright trollingu. Domaga się kilkunastotysięcznych odszkodowań za nieświadome używanie zdjęć jej autorstwa. Pozywa fundacje i szkoły. Jej prawnik próbuje również blokować publikację artykułów, w których dziennikarze przestrzegają przed autorką. Chcąc powstrzymać kolejne publikacje, prawnicy autorki zamiast zwracać się do redakcij Dziennika Internautów, próbują wywierać naciski na firmę, która jest udziałowcem wydawnictwa.
W czasach, w których fotografem może zostać każdy, zarabianie na zdjęciach jest niezwykle trudne. Dla wielu autorów jest to tylko drogie hobby. Przychody ze sprzedaży praw autorskich nie pokrywają nawet kosztu sprzętu. W wywiadzie z INN:Poland mówił o tym szczerze autor najlepszego zdjęcia ze Światowych Dni Młodzieży. Za zdjęcie redakcje płacą od 50 do 100 złotych. Jak donosi Dziennik Internautów, krakowska fotograf znalazła sposób, jak zarobić za jedno ujęcie nawet grube tysiące. Ostatnio domagała się od Krakowskiej Fundacji Filmowej kwoty 15 tysięcy złotych. Instytucja umieściła na swojej stronie zdjęcie znanego reżysera, które wykonała fotografka. Jak utrzymuje, fundacja bezprawnie wykorzystała jej dzieło. Rozgoryczenie fotografki byłoby zrozumiałe, gdyby nie to, że sama to zdjęcie podarowała pracownikowi fundacji z osobistą dedykacją.
Krakowska artystka fotografuje przede wszystkim znane osoby. Swoje zdjęcia umieszcza w sieci, a następnie bardzo sprawnie wyszukuje firmy, które użyją fotografii na swojej stronie. Najgłośniejsze dotychczas były sprawy, w których pozwała dwie biblioteki za publikację portretu Czesława Miłosza. Domagała się od nich po 13 tysięcy złotych. Kwoty te znacząco odbiegają od tego, ile zwyczajowo płaci się zadośćuczynienia w takich sytuacjach. Zwykle kwota nie przekracza kilkuset złotych, choć zazwyczaj kończy się na usunięciu zdjęcia i przeproszenie autora. Szczególnie, jeśli użycie miało charakter niekomercyjny.
Wedle Dziennika Internautów, do pozwanych instytucji (np. bibliotek) i osób prywatnych (blogerów) kancelaria prawna wysyła w imieniu fotografki wezwanie do zapłaty na niezwykle wysoką kwotę. Ma ono być zadośćuczynieniem za naruszenie praw autorskich. Sprawa nie jest jednak wcale jednoznaczna. Autorka swoich zdjęć w żaden sposób nie podpisuje, a w ramach ugody podpisuje umowę, w której zastrzega sobie klauzulę poufności. Artystce zależy na braku rozgłosu. Nagłośnienie dotychczasowych działań, mogłoby uchronić inne podmioty przed nieautoryzowanym użyciem jej zdjęć.
– Kontaktowałem na etapie przedsądowym z pełnomocnikami fotografki i z nią samą. Przedstawiliśmy rozsądną propozycję ugody, dla szybkiego zakończenia sporu. Tu nawet nie chodzi o kwoty, ale o fakt, że choć formalnie rozmowy były prowadzone, to nie było woli porozumienia z drugiej strony – mówi w rozmowie z INN:Poland adwokat Marcin Lassota, który reprezentował KFF w sprawie z powództwa fotografki. – Mieliśmy doświadczenie m.in. naszego oddziału z Wrocławia. Szkoła, umieściła zdjęcie Czesława Miłosza w rocznicę jego śmierci w internetowej szkolnej gazetce. Skończyło się podpisaniem ugody z fotografką na kwotę 2 tysięcy złotych – dodaje.

Jak dowiedzieliśmy się anonimowo od przedstawiciela jednego z pozwanych podmiotów, dla całej organizacji był to ogromny szok. Instytucja jest finansowana ze środków publicznych i wysokość roszczenia była szokująco duża. W przypadku organizacji utrzymywanej z pieniędzy podatnika, za copyright trolling płacimy wszyscy.

f2Fragment wyroku w sprawie Krakowskiej Fundacji Filmowej.•Sąd Apelacyjny w Krakowie
– Prawo autorskie, niestety, nie przystaje do warunków cyfrowej rzeczywistości i znajdują się zawsze ludzie, którzy chętnie wykorzystują taka sytuację – mówi w rozmowie z INN:Poland Michał Kanownik, prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska. – Jednocześnie prawo autorskie poprzez ogromną liczbę drobnych nowelizacji stało się bardzo skomplikowane i niejasne. Nawet prawnicy mają wątpliwości odnośnie wielu zapisów a co dopiero „szary obywatel” – dodaje.
Copyright trolling polega na tym, że dochodzeniu odszkodowania z tytułu naruszenia praw autorskich, które nastąpiło nieświadomie i w celach społecznie pożytecznych. Roszczenia takie są w wysokości nieadekwatnej do powstałej szkody. W przypadku wykorzystania zdjęcia bez zgody autora, ten ma prawo domagać się trzykrotności stosownego wynagrodzenia.
W procesie apelacyjnym przeciw Krakowskiej Fundacji Filmowej sąd wskazał brak udowodnienia prawidłowości wysokości żądanej kwoty zadośćuczynienia, w szczególności w zakresie wielokrotności tzw. „stosownego wynagrodzenia”, powołując się na art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b u.p.a.p.p. W uzasadnieniu napisał, że umowy licencyjne zawarte z różnymi podmiotami w nieznanych warunkach negocjacji stawek nie są miarodajne dla określenia realnego wynagrodzenia za wykorzystanie przedmiotowego zdjęcia.
– Wyznaję generalną zasadę: prawo autorskie musi chronić prawa twórców do swojej własności, ale jednocześnie musi gwarantować odpowiedni dostęp do treści dla konsumentów. Bez tego będziemy cofali się w rozwoju – mówi Michał Kanownik. – Problem copyright trollingu jest szeroki. Niestety, mamy wręcz wyspecjalizowane kancelarie które tylko z tego żyją, często żerując na ludzkiej niewiedzy prawnej. Wydaje się, iż niezbędne jest wprowadzenie prawa autorskiego w XXI wiek co ery cyfrowej. Bez tego zawsze znajda się chętni do „łatwego” zarobku – kończy.
Prawo własności intelektualnej jest rzeczą świętą. To nie podlega wątpliwości. W internecie „pożyczanie” cudzych zdjęć jest plagą. Sami, jako INN:Poland, wielokrotnie dochodziliśmy praw od redakcji, które bezprawnie wykorzystały nasze materiały. Jednak sposób działania krakowskiej fotografki balansuje na granicy dobrych praktyk biznesowych.
Próbowaliśmy skontaktować się z fotografką z prośbą o komentarz. Niestety, nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Źródło: http://innpoland.pl/129133,uwazaj-na-copyright-trolling-polska-fotografka-wykorzystuje-naiwnosci-szkol-i-fundacji-przez-to-ma-ogromne-honoraria#

OFIAR SZUKA WŚRÓD NAJSŁABSZYCH.

Zobacz, kto wpadł w pułapkę krakowskiej fotografki

f1Za wykorzystanie cudzego zdjęcia można dostać pozew sądowy.
Matka, która zaciągnęła chwilówkę. Organizacje pozarządowe, biblioteki, przypadkowi użytkownicy – grono „ofiar” krakowskiej fotografki, która z copyright trollingu uczyniła dochodowy biznes, jest naprawdę szerokie. Opisujemy najbardziej wstrząsające historie.
Twoje dziecko zrobiło gazetkę szkolną? Uważaj na pozew sądowy. Wkleiłeś zdjęcie na swojego bloga, którego czyta kilkanaście osób? Zapłacisz kilka tysięcy. Ktoś wrzucił niepodpisane zdjęcie na twój portal? Czekaj na policję. Historie osób, które wpadły w sidła copyright trollingu są porażające.
Niedawno opisywaliśmy historię fotografki, która pozywa instytucje państwowe, biblioteki, szkoły i osoby prywatne, które na swoich stronach nieopatrznie zamieściły zrobione przez nią zdjęcie. Kwoty pozwów sięgają kilkunastu tysięcy złotych. A cała sprawa nie jest wcale taka jednoznaczna, jak się wydaje. Ten artykuł wywołał lawinę komentarzy, maili i telefonów do redakcji. Odzywali się przedstawiciele instytucji i osoby prywatne, które dostały wezwania do zapłaty. Często w sytuacji, w której nie doszło do naruszenia prawa ze strony osoby, do której skierowane są roszczenia.
Zacznijmy od ustalenia podstawowych faktów. Używanie cudzych utworów bez zezwolenia jest naganne i niedopuszczalne. To nie podlega wątpliwości, zarówno dla nas jak i dla prawodawcy. Sęk w tym, że jak mówił w rozmowie z nami prezes Cyfrowej Polski, Michał Kanownik, żyjemy w realiach prawnych, które nie przystają do świata internetu. Być może jest to właściwy czas na podjęcie dyskusji o dopuszczeniu dozwolonym użytku i prawie cytatu. Przedstawiamy najbardziej wstrząsające historie ofiar krakowskiej fotografki.
Wszystko zaczęło się od dwóch bibliotek w zachodniej Polsce. Obie w celach informacyjnych zamieściły na swoich stronach zdjęcie Czesława Miłosza, które pracownicy placówek znaleźli w sieci. Nie zapaliła im się lampka ostrzegawcza, bowiem foto latało w internecie bez podpisu autora.
Ten ostatni szybko jednak zmaterializował się w życiu pracowników bibliotek i wystosował roszczenie w wysokości ponad 18 tysięcy złotych. W budżecie takich instytucji, jak nietrudno się domyślić, takich pieniędzy nie ma. Dyrektorzy obawiali się skandalu i nie mieli środków na prawników.
– Całe szczęście, że miałem prawnika, który znał się na prawie internetowym, ale i tak byłem przerażony. Dostałem wezwanie z kancelarii prawnej do zapłaty na ponad 20 tysięcy złotych. Kiedy próbowałem negocjować, zaproponowano mi rozłożenie całej kwoty na raty. Kiedy się nie zgodziłem, dostałem pozew, który miał 70 stron – mówi w rozmowie z INN:Poland Andrzej (imię zmienione), który prowadził portal. – Zdjęcie, które było przedmiotem tego postępowania usunąłem niezwłocznie po tym, jak się dowiedziałem, że narusza prawa osób trzecich. Na szczęście miałem dobrze skonstruowany regulamin i sprawę w sądzie wygrałem – dodaje z ulgą.
Mniej szczęścia miała natomiast fundacja Media 3.0, prowadząca stronę ktorzadzi.pl. – Działamy non-profit na rzecz przejrzystości życia publicznego. Pomaga nam wielu wolontariuszy. Fotografka stwierdziła, że jedno ze zdjęć wrzuconych na portal było jej autorstwa. Jej kancelaria prawna napisała do nas pismo o tym, że naruszyliśmy prawo i jedno ze zdjęć jest jej własnością. Odpisaliśmy, że przepraszamy, jeśli miało miejsce takie zdarzenie. Kilka razy tak się zdarzało, że ktoś z wolontariuszy popełnił błąd i prosiliśmy o zgodę na wykorzystanie zdjęcia. To zazwyczaj zamykało sprawę. W tym przypadku też poprosiliśmy o możliwość umieszczenia jej zdjęć, ale przedstawicielka prawna kategorycznie odmówiła. Dostaliśmy wezwanie do zapłaty na 12 tysięcy złotych. Dla nas to była kosmiczna kwota – mówi w rozmowie z INN:Poland przedstawiciel Fundacji Media 3.0 i zapowiada walkę. Wysokość roszczenia jest nieadekwatna do poniesionej szkody.
Na celownik krakowskiej fotografki trafiają także osoby prywatne. – Znam przykład matki, która zastraszona przez prawników wzięła pożyczkę. Jej dziecko umieściło zdjęcie poety w gazetce szkolnej – mówi w rozmowie z INN:Poland Krystian (imię zmienione), który sprawę fotografki śledzi od kilku lat. – Osób prywatnych jest więcej. Znany reżyser spłaca po 500 złotych ugody. Wiem też, że problemy miała poeta z Łodzi – dodaje.
Mowa o Bogumile Jęcek, która podobnie jak kilka innych osób, zgłosiła się do naszej redakcji i nie boik się wystąpić pod nazwiskiem. Poetka prowadziła blog Czarne Koronki. W 2010 roku zamieściła na swojej stronie zdjęcie znanego poety. Znalazła je w sieci i była przekonana, że zdjęcie jest, jak to określiła, „w domenie publicznej”. Nie było oznaczenia autora, ani zastrzeżenia praw.

Kiedy po jakimś czasie chciała uzupełnić te dane, zdjęcia już nie było. Było za to wezwanie do zapłaty kilkunastu tysięcy złotych oraz wizyta policji. Pani Bogumiła zdjęcie usunęła oraz opublikowała przeprosiny. Jednak autorka zdjęcia przez swoją asystentkę stanowczo domagała się ich usunięcia.
Zanim odpowiemy dlaczego fotografka nie chciała publicznych przeprosin, warto poznać historię fundacji Liternet, która prowadzi portal liternet.pl oraz stronę i fanpage Rozdzielczość Chleba. Historia pozwu była w tym wypadku typowa. Jeden z użytkowników portalu Liternet, który jest związany z Rozdzielczością Chleba, wrzucił do sieci zdjęcie autorstwa fotografki. Administratorzy, kiedy dostali wielotysięczne roszczenie od kancelarii prawnej, usunęli obraz. Zawsze działali w ten sposób i nigdy nie było problemu. Kiedy opisali całą sprawę na swojej stronie, pojawił się kolejny list z kancelarii prawnej z żądaniem usunięcia artykułu.
To typowe dla zjawiska copyright trollingu – dbanie o to, by zjawiska nie nagłaśniać. Świadomość użytkowników internetu zabiłaby intratny biznes. Autor zdjęcia nie ma interesu w tym, żeby inni nie łamali prawa. Zależy mu wręcz na tym, żeby ludzie nieświadomie to prawo łamali. Bo to jest podstawą do pozwów.

f2Bez dobrego prawnika ani rusz.•Fot/ Kuba Ociepa / Agencja Gazeta
Dbanie o ciszę wokół łamania prawa jest tym, co odróżnia intencje zwykłego twórcy, od tego, dla którego bycie poszkodowanym stało się sposobem na życie. Każdy, kto cierpi z powodu naruszenia jego własności, powinien zrobić wszystko, aby taka sytuacja się więcej nie zdarzyła. Tymczasem działania fotografki zmierzają przede wszystkim do ukrycia faktu złamania prawa. Dysponujemy dokumentami, które potwierdzają, że jednym z punktów podpisywanych ugód jest klauzula poufności.
Mechanizm copyright trollingu krok po kroku
1. Zrób zdjęcie znanej osoby, opublikuj je w sieci.
2. Czekaj, aż ktoś nieświadomie użyje tego zdjęcia.
3. Poprzez kancelarię prawną wyślij wezwanie do zapłaty na dużą kwotę.
4. Złóż zawiadomienie na policję.
5. Nie zgadzaj się na żadne negocjacje.
6. Podpisując ugodę zadbaj o klauzulę niejawności.
7. Czekaj na kolejnych nieświadomych użytkowników.
Fundacja Liternet, wiedząc o tym, zagrała va banque. Poinformowała prawników fotografki, że w przypadku wyroku skazującego, pieniądze na odszkodowanie będą zbierane w głośnej publicznej zbiórce. Sprawa przycichła, pomimo tego, że wcześniej prezes Liternetu był czterokrotnie wzywany na komisariat. Okazało się, że bardziej opłaca się wyciszyć sprawę.
Skala zjawiska jest duża, nasi rozmówcy szacują, że w pułapkę niepodpisanego zdjęcia mogło wpaść do tej pory nawet kilkaset podmiotów. Są wśród nich zarówno osoby prywatne, jak i szkoły, biblioteki, fundacje, ale i urząd miasta we wschodniej Polsce, ambasada polska i konsulat. Te, które zgodziły się podpisać ugodę, mają zawartą w niej klauzulę niejawności.
Naciski na to, by sprawy nie nagłaśniać, były również na dziennikarza Dziennika Internautów – Marcina Maja, który jako pierwszy opisał sprawę i od półtora roku aktualizuje informacje na temat działalności fotografki. Jego wydawca otrzymał wezwanie z kancelarii prawnej z żądaniem zdjęcia tekstu.
W całej historii uderzające jest kilka rzeczy. Po pierwsze, roszczenia są nieadekwatnie wysokie do poniesionej szkody. Choć w przypadku dzieła, jakim jest zdjęcie, trudno jest o prostą wycenę, zdjęcia nieżyjącego poety można kupić np. w PAP w cenie ok. 100 złotych. Drugą sprawą jest ukrywanie całego procederu przez poszkodowaną fotografkę. Trzecią, fakt, że najczęściej pozywane są osoby prywatne, instytucje państwowe i fundacje kulturalne, czyli podmioty, które nie działają dla zysku. Czwartą zaś wykorzystywanie wizerunku nieżyjącego artysty. Wielu naszych rozmówców podkreślało, że całą sytuacją zniesmaczony jest syn poety.
Prosiliśmy fotografkę o komentarz do całej sprawy. Jednak przez swoją asystentkę odmówiła.
Napisz do autora: tomasz.staskiewicz@innpoland.pl

FOTOGRAFKA ZNANYCH POLAKÓW WCIĄŻ TOCZY BOJE SĄDOWE.

Teatr wpadł na darowanym zdjęciu, stowarzyszenie się obroniło
Marcin Maj, 20-09-2016, 09:47

Pewien Teatr słono zapłaci za to, że wykorzystał zdjęcie znanej aktorki podarowane jej przez fotografkę JP znaną z dochodzenia kosztownych ugód. Tymczasem pewne stowarzyszenie uniknęło płacenia JP, bo fotografka przedstawiła w sądzie zrzut z ekranu będący zbyt słabym dowodem.
W sierpniu tego roku pisaliśmy o pewnej fotografce, która podarowała zdjęcie i następnie pozwała za skorzystanie z niego. Chodziło o zdjęcie bardzo znanego reżysera, który nawet interweniował przy tej sprawie. Zdjęcie zostało wykorzystane przez pewną fundację, a sąd ostatecznie uznał to za skorzystanie z prawa cytatu.
Dziennik Internautów kilkakrotnie informował o działaniach tej samej fotografki, a teksty na ten temat zebraliśmy pod hasłem fotografka JP. Dlaczego tak często o niej piszemy? Bo uruchamia ona ciekawe spory o prawa autorskie, czasem kończące się ciekawymi wyrokami. Jest jednak coś jeszcze. Działalność fotografki można analizować w kontekście copyright trollingu.
Pani JP jest autoką zdjęć znanych Polaków. Zdarza się, że te zdjęcia trafiają np. na strony bibliotek lub blogi o sztuce. Fotografka sprawnie i systematycznie wyszukuje nawet drobne naruszenia i zwykle żąda ogromnych odszkodowań stosując różne formy nacisku. Próby „ugodowego” załatwienia sprawy mogą się ciągnąć nawet latami, a w tym czasie różni prawnicy wzywają do zapłaty bardzo różnych kwot (różnych, choć zwykle absurdalnie wysokich). Pani JP potrafi też kontaktować się z przełożonymi osób, do których kieruje roszczenia. Co najważniejsze, sądy najczęściej zasądzają na jej rzecz kwoty znacznie mniejsze niż żądane w ramach ugód. Jeśli kwoty są zróżnicowane i zawyżone to jak możemy sądzić, że fotografka ma dobrą wolę?
Kontrowersyjne jest również to, że pani JP często żąda ogromnych kwot od organizacji kultury. W ten sposób prawo autorskie przyczynia się do finansowego osłabiania tych instytucji.
Fotografka JP stara się utrzymać swoje działania w tajemnicy, co sprzyja prowadzeniu bez rozgłosu działalności wzbudzającej pewne zastrzeżenia etyczne. Dodam w tym miejscu, że nie tylko my mamy takie zastrzeżenia. Niedawno serwis INN:Poland opisywał działania tej samej fotografki również w tonie krytycznym. INN:Poland opisał tę mniej prawną, bardziej „obyczajową” stronę zjawiska. Warto poczytać.
Kolejne sprawy
W dniach 14 i 15 czerwca Sąd Apelacyjny w Krakowie wydał dwa wyroki w sprawach dotyczących fotografki JP. Były to wyroki w sprawach I ACa 308/16 oraz I ACa 315/16 (odpowiednio). Te sprawy są godne omówienia z różnych powodów. Zacznijmy od sprawy z 14 czerwca.
Teatr pozwany za zdjęcie aktorki (I ACa 308/16)
Fotografka JP domagała się 36 tys. złotych od pewnego Teatru, który bezprawnie wykorzystał zdjęcie autorstwa JP przedstawiające znaną aktorkę (A.D. – łatwo się domyślić o kogo chodzi). Fotografka przemnożyła sobie kwotę 3100 zł przez liczbę artykułów prasowych, w których pojawiło się zdjęcie w wyniku naruszenia. Poza tym zażądała 5 tys. zł za wykorzystanie zdjęcia na stronie internetowej. Te wyliczenia zostały poparte cennikiem fotografki.
Teatr bronił się twierdząc, że nie miał pojęcia o autorstwie zdjęcia. To zdjęcie teatr otrzymał od samej aktorki, a z kolei aktorka otrzymała to zdjęcie od samej fotografki JP. W dokumentach sądowych czytamy, że
Powódka ma zwyczaj dostarczać osobom przez siebie fotografowanym wykonane zdjęcia w formie odbitek albo skanów – zdjęcia w takiej formie otrzymała od niej również A. D.. Przekazując zdjęcia A. D. powódka zastrzegła, iż mogą one być wykorzystywane nieodpłatnie jedynie do celów związanych z działalnością prowadzonej przez aktorkę fundacji (…) (…) z siedzibą w K.
Oj! Trzeba uważać na prezenty od Pani JP. Ta fotografka potrafi pozwać za wykorzystanie zdjęcia, które wcześniej komuś podarowała.
Sprawa trafiła najpierw do Sądu Okręgowego w Krakowie, a ten zasądził 36 tys. zł na rzecz fotografki JP. Teatr wniósł apelację zarzucając sądowi I instancji m.in. błędne założenie, że postępowanie Teatru było zawinione.
Sąd Apelacyjny w Krakowie uznał, że apelacja nie zasługuje na uwzględnienie. Zdaniem sądu żadnego znaczenia nie miało to, że Teatr otrzymał zdjęcie od widniejącej na nim aktorki. W uzasadnieniu wyroku czytamy…
Samo podniesienie przez adresata tego roszczenia argumentu, że korzystał z utworu na podstawie umowy z inną osobą jednak bez wykazania, że wynika z tej umowy zezwolenie dochodzącego tych roszczeń twórcy (współtwórcy) na korzystanie z dzieła, nie zwalnia z odpowiedzialności w zakresie żądania podwójnego stosownego wynagrodzenia. Istotnie zatem opierał się Sąd na przedłożonych przez powódkę dowodach, które wskazują na to, że strona pozwana nie miała prawa korzystania z utworu. Sama pozwana pomimo, że twierdzi, że brak jest przesłanki bezprawności w jej działaniu, na poparcie takiego twierdzenia nie przedłożyła żadnego dowodu.
Umowy Pani JP
W uzasadnieniu wyroku w sprawie I ACa 308/16 znajdujemy jeszcze jedną ciekawą rzecz. Pani JP jak zwykle pochwaliła się przed sądem innymi zawartymi ugodami. Daje to pewne (choć i tak szczątkowe) wyobrażenie o skali jej działalności opartej na dochodzeniu różnych roszczeń.
Według dokumentów sądowych JP zawarła…
umowę z Biblioteką (…) w K. na udzielenie licencji na wykorzystanie zdjęć portretowych C. M. na potrzeby pokazu multimedialnego „C. M. (…) (ilość zdjęć – 3 sztuki) – za wynagrodzeniem w wysokości 4.200 zł netto;
ugodę z Ambasadą Rzeczypospolitej Polskiej w Królestwie Hiszpanii oraz Skarbem Państwa-Ministerstwem Spraw Zagranicznych z siedzibą w W. o odszkodowanie z tytułu bezumownego korzystania z fotografii S. M. w wysokości 17.400 zł brutto;
umowę z Uniwersytetem G. w G. na udzielenie zezwolenia na korzystanie z 2 fotografii – za jednorazowym wynagrodzeniem w kwocie 6.593 zł brutto (przy czym kwota ta uwzględnia aspekt penalizacyjny z tytułu naruszenia praw autorskich);
ugodę z Ambasadą RP w C. o odszkodowanie z tytułu bezumownego korzystania z fotografii w kwocie 8.242 zł brutto (przy czym kwota ta uwzględnia aspekt penalizacyjny z tytułu naruszenia praw autorskich);
umowę z Ośrodkiem (…)-sztuk, kultur, narodów” z siedzibą w S. na udzielenie zezwolenia na korzystanie z fotografii przedstawiającej C. M. – za wynagrodzeniem w wysokości 9.000 zł brutto (przy czym kwota ta uwzględnia aspekt penalizacyjny z tytułu naruszenia praw autorskich);
umowę z (…) Sp. z o.o. z siedzibą w W. na udzielenie zezwolenia na korzystanie z 2 fotografii przedstawiającej C. M. – za wynagrodzeniem w wysokości 9.000 zł netto (przy czym kwota ta uwzględnia aspekt penalizacyjny z tytułu naruszenia praw autorskich);

umowę z (…) M. S. (2) na udzielenie zezwolenia na korzystanie z 1 fotografii przedstawiającej C. M. – za wynagrodzeniem w wysokości 11.900 zł netto (przy czym kwota ta uwzględnia aspekt penalizacyjny z tytułu naruszenia praw autorskich);
…i to nie są wszystkie umowy przedstawione przed Sądem w Krakowie, a te pokazane przed sądem też nie są wszystkimi zawartymi. Co ciekawe, trudno zdobyć informacje o niektórych z tych umów np. Ambasada RP w Madrycie twierdzi, że nie zawierała żadnych umów z fotografką JP.
Uwzględniona apelacja Stowarzyszenia (I ACa 315/16)
Przejdźmy do drugiej sprawy, tej którą Sąd Apelacyjny w Krakowie rozstrzygnął 15 czerwca. W tym przypadku fotografka JP pozwała stowarzyszenie, które zamieściło na swojej stronie zdjęcie Czesława Miłosza. Stowarzyszenie jest organizacją non-profit pomagającą osobom społecznie wykluczonym.
Jak zwykle w przypadku Pani JP, skierowanie sprawy do sądu było poprzedzone długotrwałą próbą zawarcia „ugody”.
…począwszy od 29 marca 2012 r. powódka kilkakrotnie zawracała się do strony pozwanej z roszczeniami związanymi z rzekomą publikacją fotografii jej autorstwa. W imieniu powódki występowali różni pełnomocnicy i formułowali różnorakie żądania tak co do ich wysokości, jak i podstawy.
Wreszcie sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Tarnowie, a tam JP przedstawiła dowód naruszenia – wydruk ze strony pozwanej organizacji. Tak się złożyło, że sąd miał poważne wątpliwości co do tego dowodu.
Wydruk ten nie jest wystarczającym dowodem publikacji takiego zdjęcia. Zdjęcie widniejące na nim jest mało czytelne a wydruk przedstawia tzw. zrzut ekranu (screenshot), który można wykonać, wpisując jakikolwiek adres w przeglądarce internetowej zaś ekran może przedstawiać inną stronę internetową. Wobec stanowiska strony pozwanej zaprzeczającej, by kiedykolwiek na jej stronie internetowej zamieszczone było zdjęcie autorstwa powódki dowód ten jest niewystarczający do przyjęcia, iż taka publikacja miała miejsce.
Sąd uznał też, że fotografka JP nie udowodniła, iż jest autorską zdjęcia (co ciekawe już wcześniej inne sądy również nie miały pewności co do autorstwa zdjęć JP).
Sąd w Tarnowie oddalił powództwo JP i tak sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego w Krakowie.
Screenshot to nie dowód!
Sąd Apelacyjny uznał, że apelacja jest bezzasadna. Również miał poważne wątpliwości co do dowodu w postaci zrzutu.
Składając pozew, powódka wśród oferowanych dowodów załączyła wydruki (lub kserokopie wydruków) ze stron internetowych – według jej twierdzeń ze strony własnej oraz ze strony pozwanego stowarzyszenia. Przedłożone one zostały do akt w postaci wydruku nie potwierdzonego za zgodność (…) Zrzut ekranu jest utrwaleniem obrazu wyświetlanego w danej chwili na ekranie monitora w pliku, który to plik, wraz z zapisaną informacją o obrazie daje się edytować przy użyciu dostępnych powszechnie narzędzi do obróbki grafiki. Oczywista jest możliwość edytowania pliku, co pozwala na przyjęcie, że zrzut z ekranu może podlegać modyfikacjom.
Jeśli chodzi o autorstwo zdjęć do Sąd Apelacyjny również był zdania, że dowodem autorstwa nie może być to co przedstawiła JP (cytat: „wydruk ze swojej strony internetowej, której treść „przykryta” została w znacznej części zdjęciem, wskazywanym przez powódkę jako przedmiot naruszenia”).
Po raz kolejny jakiś sąd potwierdził, że Pani JP mogłaby łaskawie oznaczyć autorstwo swoich zdjęć jeśli chce, by to autorstwo nie było podważane.
Gdyby powódka zdołała wykazać choćby fakt upublicznienia przedmiotowego zdjęcia jako własnego na swojej stronie internetowej, można by uznać, że przesłanka domniemania została spełniona. Tymczasem – jak napisano wyżej w odniesieniu do zarzutu niewłaściwej oceny dowodów – sąd dysponował jedynie niepotwierdzonym wydrukiem, który w istocie nie daje podstaw do przyjęcia za wykazaną żadnej z tych okoliczności: ani tego, że zdjęcie na stronie internetowej powódki w czasie rzekomego naruszenia figurowało jako jej własne, ani też że umieszczone tam zostało z jednoczesnym oznaczeniem jego autorstwa.
Pani JP nie chce oznaczać swoich zdjęć. Dlaczego? Można się domyślać, że brak oznaczeń może wpływać na liczbę niezamierzonych naruszeń, a te naruszenia Pani JP nauczyła się spieniężać. Aby dojść do takiego wniosku wystarczy rzucić okiem na listę umów i ugód poniżej, albo poczytać inne artykuły o jej działaniach. Podkreślamy, że jest to jedynie opinia, bo oczywiście twórca może mieć mnóstwo innych powodów by nie oznaczać jasno swojego autorstwa.
Sąd Apelacyjny przyjął, że ocena dowodów a w konsekwencji ustalenia faktyczne sądu I instancji były prawidłowe
Pragniemy pomóc!
Opisywanie działalności fotografki JP jest naszym zdaniem ważne, aby pomóc zarówno fotografce (zwłaszcza jej!) jak i wszystkim internautom.
Pani JP stara się dochodzić odszkodowań bez rozgłosu, a najlepszym wyjściem dla wszystkich stron sporu byłoby mówienie o tych sprawach głośno. Być może panią JP kieruje jakaś wielka skromność i tylko dlatego nie chce ona mówić o wszystkich swoich krzywdach? Nie wiemy, ale naszym zdaniem Pani JP powinna wyjść z cienia! To przyniesie korzyści wszystkim!
Korzyść 1: Internauci będą bardziej ostrożni w korzystaniu ze zdjęć.
Korzyść 2. Pani JP nie będzie musiała wysyłać tych wszystkich pism wzywających do ugód za tysiące złotych! Będzie mogła się skupić na swojej działalności fotograficznej nie musząc spieniężać naruszeń.
Poza tym sprawy Pani JP ukazują istotne wady praw autorskich. Obecnie ustawa o prawie autorskim pozwala na uzyskanie stosunkowo wysokich odszkodowań tam, gdzie krzywda po stronie twórcy była niska albo żadna. Zbyt małych dokonuje się rozróżnień w przypadku działania zawinionego i niezawinionego. Działania fotografki JP mogłyby być uznane za formę copyright trollingu bo fotografka miesiącami lub latami naciska na ugody, które okazują się o wiele droższe niż przegranie sporu sądowego. Historie takie jak historia Pani JP powinny być dobrymi studiami przypadków do ulepszania prawa autorskiego.
Poniżej, dla zainteresowanych, uzasadnienie wyroku w sprawie I ACa 315/16.


 

Wyrok 1

Wyrok 2

Wyrok 3

Wyrok 4

Wyrok 5

Wyrok 6

Wyrok 7

Wyrok 8


SKMBT_C28017051915590

SKMBT_C28017051916470

SKMBT_C28017051916480

SKMBT_C28017051916481